IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 [1945] Nowy Jork

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 134
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: [1945] Nowy Jork   Sro Mar 21, 2018 8:51 pm

Nowy Jork w 1945, Mieszkanie Barnesów
Nie za duże, ale też nie małe mieszkanie w Nowym Jorku. Z zewnątrz przypomina jak każdy inny dom za czasów wojny. No, nie był jeszcze w gruzach i trzymał się całkiem dobrze. Zanim wejdzie się do wewnątrz trzeba przekroczyć wiekową furtkę. Mieszkanie jest gustownie, oczywiście tanio, wygospodarowane. Znajdują się tu dwie małe sypialnie, łazienka, kuchnia i jako tako salon. Bardzo charakterystyczną cechą tego domu jest...kanapa. Kanapa, która jest tu od lat i wiążę ze sobą wiele wspaniałych wspomnień (jak i tych złych). Ponieważ mieszkanie długo nie było użytkowane, jest trochę zakurzone.


Przerażające zimno kuło bezlitośnie twarz i całe ciało, mimo ciepłego ubioru, jaki miała na sobie Rebecca. Wtuliła nos w materiał płaszczu chcąc nieco złagodzić szczypiący mróz. Nie przynosiło żadnych pozytywnych rezultatów. Stała tak na mrozie dobre kilka godzin zanim skierowała się do przytulnego mieszkania. Uprzednio odebrała rozkazy od wyżej postawionych przełożonych. W Nowym Jorku była od rana. Wylądowali około szóstej. A teraz marzli wymieniając ze sobą parę zdań. Rikki czuła się dobrze wśród swoich towarzyszy. Co prawda nie traktowali jej na równi z sobą, ale szanowali. Wredne docinki z pierwszych miesięcy służby w Siłach Powietrznych zniknęły. Przynajmniej nie pojawiały się co tydzień, a znacznie rzadziej. O ile w ogóle. Narzekając na ślimacze tempo szefostwa myślała o Buckym i Steve. Gdzie teraz byli? Co robili? I przede wszystkim - czy byli cali i zdrowi? Wiedziała, że nie mogła być przy nich. Zresztą, nie pozwoliliby na to. Stanowczo sprowadziliby ją na ziemię i zabroniliby za wszelkie skarby świata pchać się do wojaczki. Ale nie! Becca grała według własnych zasad, nikt nie będzie mówił jej, jak powinna postępować w tych ciężkich czasach. Pragnęła tego, co wszyscy - wolności dla ojczyzny i nie miała zamiaru siedzieć z założonymi rękoma. Dlatego też nie powiedziała mężczyznom o swym obecnym położeniu. Gdy tylko James poszedł do wojska, zrobiła to samo bez chwili wahania. Ukrywała to. Chociaż...skąd niby mieliby wytrzasnąć takie informacje? Na głowie mieli nazistów i coś znacznie gorszego. Widmo śmierci.
Barnes otrząsnęła się z rozmyślań. Stała na środku zadziwiająco spokojnej ulicy. Jutro mieli wyruszyć do Wielkiej Brytanii. Do tego czasu ogarnie się i przygotuje. Mając trochę wolnego czasu pierwsze co zrobiła, to skierowała się właśnie pod swój dom. Dowiedziała się, że Victor, oficer bliski kobiecemu sercu, jest daleko stąd i za szybko to nie wróci, więc co innego pozostało? Z drobną rezygnacją pchnęła furtkę. Ciche skrzypnięcie rozdarło ciszę. Nie zwróciła najmniejszej uwagi na listy wylewające się z skrzynki. Zajmie się tym później, jak już ogrzeje się i wypije ciepłą herbatę. Odłożyła płaszcz na wieszak. Po krótkiej chwili zdecydowała się przebrać w swobodne, cywilne ubrania. Nie spodziewała się, że ta decyzja miała uchronić ją od odkrycia prawdy przez pewnego blond osobnika. Zresztą, kto by ją tego dnia mógł odwiedzić? Tyle ludzi już pukało do drzwi mieszkania Barnesów, ale nikt od 1941 roku ich nie uchylił. Wewnątrz było ponuro i tylko minimalnie cieplej niż na zewnątrz. Rebecca zdała sobie sprawę, że gdziekolwiek nie spojrzała, widziała swych najbliższych. Z zaparzoną herbatą stanęła w progu kuchni i oparła się o framugę wpatrzona w kanapę. Steve. Od kiedy go znała, był strasznie chorowity. Becca nie potrafiła patrzeć na niego obojętnie, gdy tak cierpiał. To właśnie na tej kanapie przyszło mu spędzić pierwsze noce w mieszkaniu Barnesów. Potem Becca załatwiła mu wygodniejsze miejsce do spania we własnej sypialni, a sama przeniosła się do salonu. Oczywiście Bucky protestował, że to on zajmie jej miejsce. Nomad była uparta. To chyba dziedziczne. Rzecz jasna zaprotestowała.
Nie odciągała wzroku od mebla uśmiechając się pod nosem. Czy kiedykolwiek przyjdzie jej zobaczyć ich jeszcze razem? Tak radosnych, uśmiechniętych...przy nich była tak szczęśliwa...jak nigdy w życiu.
Przez skupienie na wspomnieniach całkowicie zapomniała o drzwiach, których nie domknęła. Nic dziwnego, że czuła chłodny powiew wiatru na twarzy, który ignorowała. Lecz dla zwykłego przechodnia widok ten mógł sugerować co najmniej włamanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 384
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Pią Mar 23, 2018 8:36 pm

Steve został odesłany do USA zaraz po ucieczce z feralnego pociągu. Akcja okazała się fiaskiem, poświęcenie Bucky'ego nic nie dało, a Rogers został otępiały, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Przy pomocy innych z Howling Komando udało się im przepchnąć będącego w szoku i pierwszych dniach żałoby Steve'a z powrotem do kraju, żeby nie narażać go na potencjalne niebezpieczeństwo. Rogers nie opierał się. Już nie miał czemu.
Dostał się do Nowego Jorku na krótkie zwolnienie. Tydzień na pożegnanie najlepszego przyjaciela, który niejednokrotnie ratował mu tyłek. Parszywy świat, parszywi naziści, ta potworna wojna. Steve wiedział jednak, że nie może się po prostu zaszyć w swoim domu i udawać, że świat nie istnieje. Miał jeszcze jedną misję do wykonania, choć miał wrażenie, że będzie ona dużo trudniejsza od tej w zamku Wolfenstein.
Choć z początku skrajnie obojętny, to im bliżej był domu Rebecci, tym czuł coraz większy niepokój. Bał się tego jak siostra Jamesa zareaguje na tak potworną i przerażającą informację. Owszem, już raz dostała list, że jej brat umarł, ale teraz... teraz Cap musi powiedzieć jej o tym prosto w twarz. I nie wiedział, czy jest gotów na pełnię konsekwencji swojego uczynku. Gdy stanął przez furtką jeszcze rozważał, czy nie uciec, ale jego ciało kompletnie go nie słuchało. Szedł równym, miarowym krokiem w stronę drzwi, nic sobie nie robiąc z zimna, na które był odporny. A przynajmniej nie odczuwał go w takim samym stopniu jak dawniej.
Jednak gdy zauważył otwarte drzwi od razu się zaniepokoił. Jego organizm, w chwili nagłego skoku adrenaliny, cicho wszedł do środka, uważnie rozglądając się za włamywaczem. Poczuł napływ złości, że nie dość że stracił przyjaciela, to ktoś śmie skrzywdzić jeszcze jego siostrę!
Ale na to Steve nie zamierzał pozwolić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 134
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Sob Mar 24, 2018 12:43 am

Wspominała tak wpatrzona w kanapę. Nie wiedziała jak długo stoi oparta o framugę drzwi. Zastanawiała się nad życiem. A przede wszystkim nad losem jej dwóch mężczyzn. Jak im się wiodło? Czy byli bezpieczni? Wchodząc do mieszkania Steve nie wiedział na co się pisze. Musiał sprostać o wiele trudniejszemu wyzwaniu. Bowiem Becca nie dostała żadnych informacji o śmierci jej najdroższego brata. Tak właściwie to dostała, ale list z szczerymi kondolencjami tkwił w skrzynce i chyba nie miał zamiaru stamtąd szybko wyjść. Przeglądanie korespondencji po tak długiej nieobecności w Nowym Jorku nie było w tej chwili marzeniem Barnes. Potrzebowała odpoczynku od zgiełku wojny. Najlepiej w ramionach rodziny, ale niestety, nie było to możliwe z oczywistych powodów.
W końcu odwróciła się w stronę kuchni. Ogrzewała dłonie na kubku letniej herbaty. Upiła trochę z naczynia czując, jak przyjemne ciepło rozchodzi się po ciele. Tego chciała. Chwilowego odprężenia i ucieczki od świata zewnętrznego. Choć chciała, nie mogła wyzbyć się myśli o żołnierzach walczących na froncie. Myśli tak czy siak zawracały ku bratu i najbliższemu przyjacielu. Ostrożnie, nieśpiesznie odłożyła kubek na blat kuchenny. Trochę się zakurzyły od ostatniej wizyty Beccy w tym miejscu. Wypadałoby przetrzeć wilgotną szmatką. Z takim zamiarem zaczęła krzątać się po kuchni, nieświadoma o czyjeś obecności. Nim dobrze zaczęła dokładnie czyścić powierzchnie, już skończyła. Odwróciła delikatnie głowę w stronę salonu. Słyszała ciche skrzypnięcie podłogi. A może to tylko jej wyobraźnia? Rikki, przecież jesteś tu całkowicie sama. Kto by wchodził do opustoszonego mieszkania...ah no tak. Znaleźliby się tacy. Na przykład złodzieje. Zmarszczyła nieco brwi i nasłuchiwała dalej. To wiatr. Tak, dął strasznie i tym samym pobudzał wyobraźnie kobiety. Skarciła się w myślach. A wtedy pożałowała, że się przebrała. Gdy ujrzała kątem oka cień ludzkiej sylwetki poderwała się, sięgnęła do kabury...a zaraz, przecież jej nie miała! Broń została wraz z mundurem i innym sprzętem w dębowej szafie. Pokręciła głową. Zarys zniknął. Przewidzenia. Światła płata figle.
Znowu natura ją oszukała. Mlasnęła coś pod nosem i wzięła się za umycie zakurzonego noża. Wystarczyła chwila nieuwagi, by z jej gardła wydobył się krzyk, który z pewnością nie umknął Steve. Zobaczyła na dłoni krew. No cholera. Cięła się przez środek dłoni. Nie powinna brać się za takie rzeczy, gdy odpływa myślami gdzie indziej. No ale cóż, każdemu się zdarzy. Chyba w salonie były jakieś bandaże. A przynajmniej tak jej się wydawało. Wyszła z kuchni w tym samym momencie, w którym Steve ostrożnie wychylił się by sprawdzić salon. Przestraszyła się i to strasznie. Zamarła. Tyle dobrego, że nie trzymała w dłoni kubka, bo puściłaby go. A Szkoda marnować dobre naczynia. A tym bardziej dobrze, że odłożyła nóż. Jeszcze zrobiłaby zrobię krzywdę, albo co więcej - nieznajomemu. Nie rozpoznała Rogersa. Uznała go za włamywacza. Przynajmniej z początku. W końcu nie widziała go od bardzo dawna,  ''w nowym stanie'', albo nie chciała będąc pewna, że zmieni to charakter Steve. Już miała rzucić się po nóż, ale po chwilowym szoku zaczęła rozpoznawać poszczególne rysy twarzy. Czekała na jakiś ruch z jego strony. Dla upewnienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 384
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Czw Mar 29, 2018 11:56 am

Słyszał jak ktoś krząta się po domu, ale starał się nie pokazać że znajduje się w mieszkaniu, aż do momentu gdy usłyszał krzyk. Zaalarmowany, rzucił się do salonu, gdzie stanął oko w oko z Beccą, z pokrytą krwią dłonią, natychmiast jego umysł uznał, że została zaatakowana i należy ją chronić. S
- Gdzie on jest?! - rzucił, przez chwilę nawet nie pamiętając, że przecież nie tylko jego ciało uległo poważnej zmianie, ale również głos. Podszedł bliżej kobiety, widząc jej wyraźne przerażenie, ale po chwili uświadomił sobie... że nikogo nie ma poza nią.
- Nie zamknęłaś drzwi, byłem pewien że coś ci się stało - wyjaśnił, uspokojony, że kobieta jednak jest cała, choć niekoniecznie zdrowa.
- Pomóc ci to opatrzyć? - na chwilę zapomniał dlaczego w ogóle pojawił się w tym domu, skupiając się przede wszystkim na kobiecie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 134
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Czw Mar 29, 2018 8:57 pm

Becca była przestraszona. Cofnęła się i uderzyła plecami o chłodną ścianę, gdy tamten krzyknął. Nie wiedziała o czym mówił. Kto? I co...co on tutaj robił, w jej mieszkaniu? Z otwartymi ustami przyglądała się mężczyźnie nie mając zielonego pojęcia, co zrobić. Więc stała tak bez najmniejszego ruchu. Wyłącznie jej klatka piersiowa unosiła się i opadała. Otrząsnęła się z pierwszego szoku, który zatuszował ból rozchodzący się po dłoni. Nie rozpoznała głosu Steve. Zmienił się. On cały uległ jakieś dziwnej przemianie. Uniosła pytająco brew. Czy to na pewno Rogers?
- Steve...? Skąd ty tutaj... - wyrzuciła z siebie zaskoczona. Wzięła głębszy oddech. Dopiero dotarło do niej, że faktycznie nie zamknęła za sobą drzwi. Poczuła się trochę...głupio. Przez niezamknięcie mieszkania blondyn myślał, że ktoś włamał się do jej i chciał zrobić krzywdę kobiecie. Wyrównała powoli oddech. Przeniosła wzrok na leniwie skapującą na podłogę krew i z automatu poczuła szczypiący ból. Zagryzła dolną wargę i przytrzymała dłoń nieruchomo za nadgarstek.
- Nic mi nie jest. - powiedziała po czym oderwała się od ściany i podeszła bliżej. Usiłowała przypomnieć sobie gdzie trzymali niegdyś bandaże, ale szybko skupiła się na mężczyźnie. Nie spodziewała się zobaczyć go w najbliższym czasie. Tym bardziej, że złapał ją idealnie tego dnia. Jutro już nie byłoby jej w Nowym Jorku. Dziękowała w duchu za to cholerne szczęście. Nie chciała by jej chłopcy dowiedzieli się o jej karierze wojskowej.
- Dlaczego tak ...wyglądasz? - Rebecca była zbyt zajęta życiem na wojnie by śledzić występy Kapitana Ameryki i raczej nie interesowała się pogłoskami o nim. Uważnie przyjrzała się przyjacielowi, a potem doznała olśnienia. Skoro Steve tutaj był...
- Gdzie Bucky? Poszedł zapalić? - zapytała i wyjrzała zza Steve by zobaczyć, czy jej brat wchodzi do środka. Nie wchodził.


Wojna
opiera się na ludzkich błędach i nieludzkich czynach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 384
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Pon Kwi 30, 2018 4:56 pm

Widząc jej zdumienie i strach, uświadomił sobie że właśnie zrobił coś naprawdę głupiego. Przecież Becca o niczym nie wiedziała, ale sprawa była zbyt poważna by roztrząsać takie pierdoły.
- Ja... przyjechałem. Do ciebie - wyjaśnił przełykając ślinę i patrząc na nią przepraszająco - Mam bardzo ważną sprawę, ale czekaj najpierw to - podszedł do szafki gdzie wcześniej trzymała apteczkę aby wyciągnąć z niej odpowiednie środki, by zająć się zranieniem. Zaczął ją opatrywać po delikatnym pokazaniu, że ma usiąść.
-To... długa historia. I chyba nie mogę ci tego wyjaśnić teraz. Wiesz, ściśle tajne i te sprawy. - Absurd, ale nic nie mógł na to poradzić. Miał swoją fałszywą tożsamość na wszelki wypadek i nie chciał, żeby jednak odkryto jego powiązania z Beccą. Już mu wystarczyło że jednego Barnesa wysłał do grobu.
Pytanie o Bucky'ego wywołało spazm bólu na jego twarzy, którego nawet nie próbował ukryć, choć pewnie potrzebował.
- Bucky... on.. - złapał jej zranioną dłoń delikatnie, ale zaraz puścił i zamienił na tę nie ranną -Proszę, usiądź - dodał zaraz czując jak wielką gulę ma teraz w gardle.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 134
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Pon Kwi 30, 2018 9:01 pm

Rozbieganymi oczami błądziła po sylwetce Rogersa, by ostatecznie utkwić spojrzenie w jego błękitnych oczach. Z jednej strony cieszyła się, że przyjaciel przyjechał specjalnie dla niej, a z drugiej strony zaczęła się niepokoić. Co mogło być aż tak ważne, by zmusić go do powrotu do Nowego Jorku, tak wiele kilometrów od miejsca, w którym był? Próbowała zrozumieć jego postępowanie. Chciał walczyć, jak inni. Więc co robił tutaj w tej chwili?
Wzięła głęboki wdech i spokojnie usiadła na nieszczęsnej kanapie, nie odrywając nawet wzroku od mężczyzny. Szafka. No tak. Potarła jedną dłonią czoło i podała blondynowi dłoń, nie protestując w żaden sposób. Z ust Beccy wydobyło się ciche syknięcie, gdy poczuła dotyk sprawnych dłoni Kapitana. Co jak co, ale Steve znał się przynajmniej do tego stopnia, bo skalpela nikt mu nie da na pierwszej pomocy. Przyglądała się jak bandażuje ostrożnie ranną dłoń.
- Wybacz, ale...o czym mówisz? - uniosła pytająco brew. Podniosła się na nogi i rozejrzała, jakby próbując odszukać wzrokiem brata w dziurach po odpadającym tynku. Poczuła mocniej uścisk jego dłoni, a potem przeniósł się na tą zdrową. Dzwonek alarmujący zadzwonił donośnie w głowie. Usiłowała zachować względny spokój. Powoli usiadła z powrotem. Ból, który malował się na twarzy Steve.....wyrażał naprawdę wiele. Coś ścisnęło ją za serce. Mogła domyślać się, co próbował jej przekazać. Nie chciała w to wierzyć. Nie wierzyła. Łudziła się, że może niepotrzebnie się martwi. Rogers na pewno powie jej, że Bucky leży teraz gdzieś w szpitalu, albo coś podobnego, ale, że jest cały i żywy. Westchnęła ciężko, przymknęła na moment oczy, tylko po to, by spojrzeć na mężczyznę w napięciu. Pogładziła kciukiem jego dłoń. Przysunęła się bliżej niego.
- Co z nim? Steve. Wszystko z nim w porządku, prawda? - Wyraz jej twarzy pozostawał poważny. Mógł jednak wyczytać z oczu nieme błaganie o potwierdzenie jej słów, w które sama próbowała uwierzyć.


Wojna
opiera się na ludzkich błędach i nieludzkich czynach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 384
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Sro Maj 16, 2018 7:06 pm

Cóż, przynajmniej trafiła tam gdzie trzeba. Istnieje szansa że zostaną w bezpiecznym friendzonie. Wiedział że Becca na pewno rozważa czego właśnie jest świadkiem i dlaczego on do niej przyszedł, ale nie mógł na razie zmusić się do wyjaśnień. Choć był jej je winny i to bardzo.
Zajęcie się raną pozwoliło odzyskać mu odrobinę spokoju. Nie patrząc na jej twarz, skupić się na czymś co nie wymagało ani odrobiny uczuć jedynie podstawową wiedzę medyczną. Gdy był pewien że wszystko już jest w porządku, zabezpieczył wiązanie i podniósł na nią wzrok. Musiał to w końcu powiedzieć.
- Bucky... - i znów go zatkała swoimi pytaniami. Fala wspomnień na nowo zalała jego umysł. Mężczyzna nie powinien płakać, nie powinien okazywać swoich uczuć bo to było niemęskie. Steve jako wzorowy amerykański bohater, powinien być wzorem dla młodych chłopców. Dlatego też po jego twarzy na nowo zaczęły toczyć się łzy, a on sam zaczął po prostu łkać gdy dotarły do niego wszystkie wspomnienia. Gwałtownie, nawet nie bardzo myśląc o tym co robi, skrócił dystans między sobą i Beccą, obejmując ją ramionami. Wtulił twarz w jej ramię, a potężne ramiona poruszył się spazmatycznie.
- Przepraszam, Becca, przepraszam. To moja wina. - jego głos był stłumiony przez materiał jej koszulki oraz kurczowe przyciskanie twarzy do jej ciała.
- On nie żyje. Przeze mnie. Nie zdołałem mu pomóc. - powiedział to w końcu, nie czując się jednak wcale lepiej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 134
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Czw Maj 17, 2018 11:17 am

Friendzone? No błagam! Becca traktowała Stevena wyłącznie jak brata bądź bardzo dobrego przyjaciela. Może i był przystojny. Może i był wzorem do naśladowania i tylko szukać podobnego mężczyzny z świecą, ale ona nie czuła żadnych cieplejszych uczuć względem przyjaciela. Poza tym...był od niej młodszy o dobre kilka lat. Nie będzie umawiać się z, dla niej, dzieckiem. Co prawda Steve już wyrósł i nie przypominał fizycznie tego słabego chłopca, ale to wciąż była ta sama osoba.
Dłuższą chwilę przyglądała się fachowemu opatrunkowi. Usiłowała domyśleć się, co obecnie dzieje się w głowie mężczyzny. Mogła jedynie snuć przypuszczenia. Jednak po jego jasnych, błękitnych oczach widziała wszystko. Cały ból, który w sobie gromadził od tego feralnego wypadku. Oczy są lustrem duszy. A przed Beccą nic się nie ukryje.Wyczuwając już teraz napięcie w pokoju, zaciskała delikatnie jedną dłoń na materiale koszuli. Ujrzała łzy. Łzy, które oznaczały jedno. Potrząsnęła głową. Nie chciała tego słyszeć. A może chciała. Musiała znać prawdę. Być może zaszła pomyłka? Przełknęła gule tkwiącą w gardle. Wyciągnęła dłoń by otrzeć mokre policzki Steve. Ten jednak okazał się szybszy i nim się obejrzała, znalazł się w jej ramionach. Nie protestowała. Czule pogładziła jego plecy, czekając na wyrok. Wiedziała że wojna nie jest łagodna. Każdy mógł zginąć na polu bitwy. To nie zabawy żołnierzykami. Nie pojedynki na karabiny i mieczem w formie patyków, za czasów dzieciństwa. Przygotowywała się na taką możliwość. Sama przecież też mogła stracić zycie. Ale to, co usłyszała, mimo wszystko wstrząsnęło nią. Poczuła się dokładnie tak, jakby ktoś wymierzył jej siarczysty policzek, skopał, a potem pozostawił na mrozie w śniegu, w wieczór wigilijny. I nie, żeby to kiedykolwiek przeżyła. Chociaż z ojcem Barnesów nigdy nic nie wiadomo.
Rebecca wstrzymała oddech. Ogarnęła ją bezsilność. Chciała krzyczeć. Zalać się łzami i przeklinać dzień, w którym pozwoliła bratu na wstąpienie do wojska. Ale Bucky umarł dumnie. Za ojczyznę. Przynajmniej taką nadzieję miała Becca. Zamknęła oczy. Od zawsze była twardą i silną kobietą. Ani Bucky, ani Steve nigdy nie widzieli, jak Barnes płacze. Musiała być dla nich wzorem. Nie mogła pozwolić, by ogarnęła ją niepewność. Gdyby to zobaczyli, sami zwątpiliby w siebie. Teraz też usiłowała być silna. To na nic. Wiele myśli przepełniło jej umysł. Bała się. Przez moment uważała to za chory żart. Miała nawet chwilową nadzieję, że to jednak pomyłka. Na skraju płaczu   otworzyła oczy. Delikatnie ułożyła dłonie na policzkach rozpaczającego. Uniosła jego głowę, oddzielając ją od koszuli i własnego ciała. Nie odrywała rąk. Pokręciła raz głową. I drugi.
- Dlaczego? - Spojrzała ze spokojem w jego oczy. Nie ukrywała cierpienia na swej twarzy. Nie próbowała powstrzymywać już dłużej łez. Pozwoliła im płynąć po licach drobnym strumykiem. Kropla po kropli.- Dlaczego Bucky zginął? Dlaczego mój brat musiał.... - w pierwszej chwili chciała powiedzieć coś, czego żałowałaby do końca życia. Nie. Nie mogła. Nie mogła zadać mu takiego ciosu. To nie było sprawiedliwe. W żadnym stopniu. Ugryzła się w język. Przez moment trwała w bezruchu. Puściła jego twarz. Odsunęła się. Zadziwiająco opanowana i spokojna powoli przeszła na środek pomieszczenia. Wspomnienia uderzyły z całą siłą. Wszystko, co łączyło ją z jej kochanym bratem....straciła go. Straciła go na zawsze. A tyle jeszcze mu nie powiedziała. Jak teraz miało wyglądać ich życie bez niego? Bucky....Bucky nie żył. Osunęła się na podłogę, na kolana. Schowała twarz w dłoniach, a głowę wepchnęła między kolana. Płakała. Drżała w spazmach. Wypowiadała raz za razem imię tego, którego nigdy już nie zobaczy. Miała być silna. Nie dać się emocją. Była tylko człowiekiem. Człowiekiem, który stracił wszystko, co dla niego się liczyło w życiu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 384
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Pią Maj 25, 2018 5:26 pm

No i dlatego jest przyjacielska strefa a nie żaden romans, które żadne z nich nie chce przekraczać. W sumie, pewnie Rogers nawet nie pomyślał że mógłby coś takiego zrobić. Becca była w jego świadomości... ale nie odbierał jej jak zwykłej kobiety. Była rodziną, kimś bliskim, kimś komu mógł zaufać i zawierzyć. Nie potrafił dostrzec jej fizycznej atrakcyjności, nawet jeśli pokazać mu ręką lub podpisać PO WCIŚNIĘCIU CAPSLOCKA.
No i pamiętajmy, że Steve to beznadziejny kłamca i jego paczałki zdradzają wszystko o czym myśli oraz odczuwa. Szczęście że nie robią za projektor, bo czasem głupio byłoby się tłumaczyć z nieodpowiednich myśli w czasie rozmowy.
Poczuł całym ciałem reakcję kobiety. Jej szok, ból i nagłą świadomość straty. Sam nie czuł się o wiele lepiej, mimo że przecież minęły dni od czasu śmierci Bucky'ego. Z trudem zasklepiona rana na nowo się otworzyła i wszystkie negatywne uczucia na nowo zalały umysł rwącą strugą. Prawie czuł na twarzy zimny wiatr bijący w jego twarz i zwiewający słone krople płynące po jego twarzy.
- B-bucky zginął, ponieważ nie chciał narazić mojego życia - mówienie przychodziło mu z trudem. Wojna to ofiary. Wojna to ból, zniszczenie i śmierć. Ale nie docierało to do niego, aż do tego momentu. Gdzie w tym był ten cholerny patriotyzm o jaki nawoływał? Gdzie była idea, dla której walczył?
Gdyby nie poświęcenie Bucky'ego pewnie obaj byliby martwi. Ale przecież Steve zdołał dzięki temu  przeszkodzić w planach hitlerowców. Choć... na pewno? Nie miał żadnej pewności, czy śmierć Jamesa nie była... nadaremna.
Nawet nie zauważył że Becca odeszła od niego i ruszyła przez pokój. Był znów skrajnie otępiały, apatyczny. Jakim cudem wtedy, w pociągu dał radę walczyć, skoro teraz nie był w stanie się nawet ruszyć. Jej upadek na ziemię, wybudził go z tego dziwacznego letargu. Podniósł na nią wzrok, przez chwilę jakby nie pamiętając co tu robi. A potem go olśniło. Becca. Dom. Informacja o śmierci Bucky'ego. Był w Nowym Jorku. A klęcząca na ziemi kobieta, właśnie straciła ostatniego członka swojej rodziny. Steve rozejrzał się przez chwilę, szukając wzrokiem czegoś odpowiedniego, po czym drżącymi rękoma złapał za nadgryziony przez mole koc, który delikatnie narzucił na jej ramiona. Uklęknął obok niej, obie ręce kładąc na jej ramionach.
- Przepraszam cię. Byłem... zbyt słaby. Za wolny. - brakowało mu słów, a on sam drżał z przejęcia - Zrobię wszystko aby ci pomóc, Becca. - Nie był pewien czego mógł się spodziewać. Sam czuł się jakby nie był sobą. Nie zdziwiłoby go, gdyby kobieta wyklęła go, albo kazała się wynieść. Chciał jej jakkolwiek ulżyć. Musiał. Był to winny za to co Bucky dla niego znaczył i zrobił. Był to winny jej, skoro to przez niego jej ukochany brat nie żyje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 134
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Sro Maj 30, 2018 11:36 am

To oczywiste, że żałoba nie mija po zaledwie kilku dniach. Gdyby w przypadku Steve tak było, to można by uznać, że coś jest z nim nie tak i wymaga opieki psychologa albo psychiatry. Opłakiwanie straconych bliskich mogło trwać na dobrą sprawę latami, a proces powrotu do normalności był dość długi i podzielony na kilka etapów (czytanie trenów na polskim, polecam). Niezrozumienie, rozpacz, ból. Kiedyś nadejdzie akceptacja, ale kiedy...? To już inna kwestia. A Becca miała jeszcze przez naprawdę długi czas, co prawda nawet jeśli w śpiączce, rozdrapywać stare rany.
Bucky zginął za przyjaciela. To przecież piękna śmierć, prawda? Poświęcić się dla kogoś, kogo kochasz całym sercem. Becca chciała zginąć za ojczyznę i bliskich. Wiedziała, że to może trafić się i jej. Wojna była bezlitosna. Odbierała matką dzieci, dzieciom ojców. Mogłeś krzyczeć, walić i przeklinać śmierć, ale nic nie przywróci życia poległym. Orientujesz się o swych błędach, gdy już jest za późno. Istniało inne rozwiązanie. Lecz nikt go nie wykorzystał. Becca wiedziała o tym. Mogła zatrzymać przy sobie brata, wtedy nie skończyłby w ten sposób. Mogła spróbować wszystkiego, ba, odnaleźć go na froncie i dołączyć do niego wbrew wszystkim. Ale czy wtedy nie cierpiałaby mocniej? A gdyby on wydał ostatnie tchnienie na jej oczach? Taka wizja była jeszcze bardziej bolesna. Skulona dławiła się wręcz płaczem, łapiąc z trudem oddech. Słowa Rogersa odbijały się echem w jej głowie. Steve mógł temu zapobiec. Przepełniały ją mieszane uczucia. Z jednej strony niesamowity żal i ból, trochę złość. Czując na sobie koc uniosła delikatnie głowę i przekręciła ją, by spojrzeć czerwonymi od płakania oczami. Jego dotyk zadziałał kojąco. Tkwiła w tym bezruchu. Zawieszona w jednej chwili, jakby cały świat się zatrzymał i nic nie miało znaczenia.
- ...zawdzięczasz mu życie...? - Słowa te były ciężkie do wypowiedzenia. Życie za życie. Dlaczego to takie okrutne? Jakby mogła wymienić Rogersa na Bucky'ego....nie. Nie mogła tak o tym myśleć. To nie było w porządku. Bucky umarł honorowo. Tego musiała się trzymać. Oddał życie w słusznej sprawie.
- C-czy on cier-...cierpiał? - To było trudne pytanie, ale musiała wiedzieć. Musiała wiedzieć i tego raczej Kapitanowi nie odpuści, nawet jeśli wie, że sprawia mu tym ból. Dłuższą chwilę milczała, usiłując wyrównać oddech. Czuła jakby serce ktoś przełamał jej na pół i tą drugą połówkę wyrzucił na śmietnik. Wiele rzeczy musiała przemyśleć. Co teraz? Co po wojnie? Jak miała żyć z tą straszną świadomością?
- Steve...Steve, ja nie mogę zostać w Nowym Jorku. Przepraszam. Jutro wyjeżdżam...zostań. Zostań dziś ze mną. Proszę... - Spojrzała na niego błagalnie.


Wojna
opiera się na ludzkich błędach i nieludzkich czynach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 384
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Pon Cze 04, 2018 9:08 pm

Szczęśliwie, lub nieszczęśliwie, było z nim wszystko w porządku i ze stratą przyjaciela będzie musiał jakoś funkcjonować. Przynajmniej ma dodatkowy powód by mordować nazistów. A teraz po prostu był wielką kulką nieszczęścia.
Bucky nie był pierwszym żołnierzem, który umarł na oczach Rogersa. Ale był pierwszym jego żołnierzem. Był w jego oddziale i nawet gdyby zginął na misji w której Steve'a by nie było, to wtedy i tak by się obwiniał. A tu jego najlepszy przyjaciel zginął z jego winy bo nie zdołał go na czas wciągnąć do wagonu. Choć wiedział, że nie powinien teraz bardzo chciał, by Becca powiedziała mu o tym, że jest winny. Chciał to usłyszeć, jakaś część jego wręcz żebrała o to, by zwymyślała go od najgorszych, by wyrzuciła mu wszystkie swoje żale i nienawiść. Chciał by ktokolwiek mu to powiedział głośno, może wtedy przestałoby go to rozrywać tak od środka?
Gdy kobieta rozpaczała, zdecydował się kontynuować swoją opowieść.
- Byliśmy w Alpach, walczyliśmy w pociągu. W pewnym momencie naziści wyciągnęli dziwną broń, która zrobiła w nim ogromną dziurę... Bucky przez nią wypadł, a ja chciałem go uratować. Trzymałem go wtedy za rękę i próbowałem... próbowałem nas osłaniać. Ale mieli nas już obu na celowniku. Bucky... on wiedział, że jeśli czegoś nie zrobi to obaj spadniemy. - zacisnął rękę, którą trzymał wtedy ramię Jamesa, czując na niej na nowo uścisk dłoni przyjaciela. Mówił chyba tylko po to by mówić, by zagłuszyć ciszę, która na nowo budziła w nim te paskudne uczucia. A potem dotarło do niego jej pytanie i zamilkł. Zacisnął mocno usta, nim wziął głęboki wdech przez nos zbierając myśli.
- Ja... nie wiem. Nie mogliśmy pójść po ciało. Ale spadł z ogromnej wysokości, bez spadochronu. Ja... ja mam nadzieję, że to była szybka śmierć - zrobiło mu się niedobrze, na wizję Jamesa który później kilka godzin na mrozie umiera cierpiąc. Jakby nie starczyło mu tego, że go puścił zamiast wtedy przytrzymać. Co z tego, że wiedział iż to nielogiczne, nawet teraz przecież mówił,że nie miałoby sensu gdyby spadli tam razem. Ale może... może... gdyby poszli tam później James... nie, to nie miało najmniejszego sensu.
-Zostanę. Becca... zrobię wszystko o co mnie poprosisz. - objął ją mocno, przez pochylenie się do przodu. Potrzebował dzisiaj równie dużo bliskości co ona. To była ogromna strata także dla niego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 134
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   Wto Cze 05, 2018 7:03 pm

Z jednej strony owszem, Becca miała ochotę wygarnąć Rogersowi jego nieumyślność. Wiedziała jednak, że to nie do końca sprawiedliwe względem niego. Obwinianie o śmierć brata nie było najlepszym pomysłem. Tym bardziej, że Steve uczynił wszystko, co było w jego mocy, by obaj przeżyli. Przynajmniej miała taką nadzieję. Nie było jej tam. Nie miała wglądu w tę sytuacje. Zresztą Kapitan sam mówił, że to tajne informacje. A wyjawił wiele siostrze poległego, mimo, że nie powinien i gdyby ktokolwiek się dowiedział, mógłby ponieść tego niekoniecznie miłe konsekwencje.
Becca w ciszy wsłuchała się w jego opowieść. Doskonale czuła jego ból. Widziała to w jego oczach. W sposobie, w jakim mówił, po samej mowie ciała. Nie miała problemu z domyśleniem się, że mężczyzna obwiniał siebie o ten nieszczęśliwy wypadek.
- Uratował cię. To...to honorowa śmierć. - wykrztusiła z siebie, usiłując kontrolować drżenie głosu. Musiała być silna. Od zawsze taka była. Pewna siebie, przeciwstawiająca wszelkim złośliwością losu. To zagranie było poniżej pasa. Jednak i teraz miała robić za przykład dla Rogersa. Jeśli nie będzie silna, nie podniesie się po upadku, jak mężczyzna, który od lat podziwiał jej niezłomność, miał to zrobić?
Przymknęła oczy mimowolnie wyobrażając sobie całe zdarzenie. Pociąg. Wagon z dziurą. Steve z Bucky'm. Czy James mógłby przeżyć upadek z wysokości? Z ogromnej wysokości, jak to powiedział Kapitan? Becca, chociażby chciała, by jego śmierć była tylko głupim żartem, musiała uwierzyć, że umarł szybko i niemal bezboleśnie. Zdecydowanie tak wolała to widzieć. Co z tego, że przeżyłby upadek, jeśli potem miałby zginąć przez wykrwawienie i odmrożenie?
- Nie opuszczaj mnie. Nie teraz. - Przełknęła ciężką gulę, wtulając się w jego ciało. Zdecydowanie potrzebowali tej bliskości. Nikt inny nie odczuwał tej straty tak mocno, jak oni. Pozwoliła, by łzy wciąż płynęły po jej twarzy, obejmując w pasie mężczyznę obecnie najbliższego jej sercu.
Gdy emocje trochę opadły, Becca przeniosła się na kanapę, ciągnąc za sobą Steve'a. Nie była skoro do rozmów. Musiała wszystko przemyśleć. Ułożyć sobie w głowie. Okryta szczelnie kocem zapatrzyła się w twarz przyjaciela. Oboje cierpieli niewyobrażalnie. Nie zorientowała się nawet, gdy zapadł wieczór, a zmęczenie wzięło górę i zasnęła, czując przyjemne ciepło ciała towarzysza.
Budziła się kilka razy zlana potem. Okropne koszmary zaczęły nawiedzać jej umysł, przedstawiając brata, którego usiłowała złapać zanim spadnie w dół przepaści. Za każdym razem puszczał się patrząc wprost w jej oczy, przepraszając za to, co zrobił. Ostatnia pobudka była tuż przed świtem. Zmęczona ostrożnie zeszła z kanapy, uważając, by nie zbudzić Rogersa. Nie chciała go zostawić samego lecz musiała. Obmyła twarz, przebrała się w mundur jak najszybciej potrafiła. Obawiała się, że Steven w każdej chwili może się zbudzić, a wtedy ciężko będzie jej wytłumaczyć swoją podróż do Wielkiej Brytanii. Zabrała wszystkie potrzebne rzeczy i ruszyła ku wyjściu. Złapała za klamkę. Coś ją zatrzymało. Obejrzała się za siebie. Mężczyzna spał pozornie tak spokojnie...jak za pierwszym razem, gdy przenocowała go na tej samej kanapie. To było ciężkie. Cofnęła się do niego i delikatnie pocałowała w czoło, mając nadzieje, że nie zbudzi go tym.
- ...kocham cię, Steve.
A potem wyszła na spotkanie z diabłem.

Sesja zakończona


Wojna
opiera się na ludzkich błędach i nieludzkich czynach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Sponsored content



PisanieTemat: Re: [1945] Nowy Jork   

Powrót do góry Go down
 
[1945] Nowy Jork
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Nowy Świat

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Avengers Assemble :: Rozgrywki fabularne :: Mroki dziejów :: Zakończone-
Skocz do: