IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Green-Wood Cemetery

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 63
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Green-Wood Cemetery   Nie Mar 18, 2018 4:17 pm

Jeden z wielu nowojorskich cmentarzy. Mieszkańcy Nowego Jorku uważają to miejsce za historyczne i warte odwiedzenia. Nic dziwnego, że jesienią i wiosną zbierają się tutaj najróżniejsze wycieczki turystyczne. Przy głównej bramie znajduje się stary dom pogrzebowy,
który nocą wygląda naprawdę upiornie. Poza tym nie różni się niczym od innych miejsc pochówku zmarłych.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 63
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Nie Mar 18, 2018 4:49 pm

Słońce przebijało się przez zasłony okna, skracając tym samym odpoczynek Rebekki. Nie spała od kilku godzin przewracając się z boku na bok. Do tego czasu nie była w stanie podnieść się z miękkiego łóżka, by wziąć swoje życie w garść i rozpocząć kolejny, fascynujący poranek. Koszmary. Tej nocy nawiedziły ją z podwójną siłą. Wdarły się w umysł Barnes i wgryzły się tak głęboko, że obudziła się z krzykiem na ustach i czołem zlanym potem. Sąsiad z boku zapukał zaniepokojony, by upewnić się, że nie obdzierają kobiety ze skóry. Powoli przyzwyczajał się do ciągłych wrzasków. Becca tłumaczyła sobie, że niedługo wszystko minie. Ale nie mijało. Z każdym snem pogarszało się. Gdy otwierała oczy, nie potrafiła rozróżnić rzeczywistości od obłudy. Pikujący samolot, morze, wojna...James. Widziała go. Czuła, jakby był na wyciągnięcie ręki. Chciała go przytulić, a wtedy zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Wtedy stwierdziła, że pora odwiedzić go. Może przestanie ją nawiedzać, mimo, że nie potrafiła pogodzić się z śmiercią brata. Westchnęła ciężko. Szansę na to były nijakie. Ubrała się, mniej więcej przywróciła do porządku przed lustrem i zabierając płaszcz z wieszaka przy drzwiach, ruszyła na cmentarz.
Droga minęła jej spokojnie. Przyzwyczaiła się do ruchu na ulicach Nowego Jorku. Sześćdziesiąt jeden lat. Tyle właśnie przespała. Świat zmienił się. Na lepsze czy na gorsze...nie jej to oceniać. Rozmyślała o tym, ile ją ominęło. Wchodząc przez główną bramę cmentarza czuła delikatny powiew wiatru na plecach i ciepło bijące od słońca. Spokojnie przemierzyła alejki szukając właściwej. Odnalazła. Dłuższą chwilę szukała wzrokiem wspólnego grobu rodziny Barnesów. Gdy pierwszy raz ujrzała nagrobek, a na nim własne nazwisko, nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Czuła się okropnie. Wszyscy o niej zapomnieli, włożyli ją do worka z napisem ''byli i już nie wrócą''. Zresztą...czy znalazłby się ktoś, kto pamiętałby Rebecce? Po tylu latach ludzie z reguły zapominali o starych znajomych. Szczerze w to wątpiła. Nawet jeśli taka osoba przeżyła wojnę, na pewno miała własne życie na głowie.
Będąc w odpowiednim miejscu, czyli przed rodzinnym grobem, uklękła, przeżegnała się i wstała. Ostrożnie minęła stary znicz. W jej twarz wpatrywały się radosne oczy młodego mężczyzny. James Buchanan Barnes. Pogładziła portret brata zaciskając zęby. Bała się, że zaraz cała żałość i rozpacz wypłynie z niej na zewnątrz, przemieniając się w potok łez. Powstrzymywała się. Odetchnęła głęboko.
Mój kochany braciszek... Przeniosła wzrok na kolejne nazwiska.
George M. Barnes.
Ugh. Niemal natychmiast odwróciła oczy.
Winnifred C. Barnes.
...
Rebecca Barnes.
Cofnęła się do tyłu, do ławki przed pomnikiem. Wpatrywała się we własne nazwisko i datę śmierci - 1946 rok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 339
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Pon Mar 19, 2018 5:01 pm

Steve potrzebował czasu by poukładać sobie całe swoje życie, którego doświadczył. Nie był wcale wolny od strasznych koszmarów paraliżujących go co jakiś czas. Niemniej, w końcu dowiedział się więcej na temat ludzi, których zdjęcia z powrotem powiesił na ściance swojego mieszkania. Teraz z ciężkim sercem ruszył prosto na cmentarz. Był piękny, majowy dzień.
Steve, choć wolałby pewnie przebiec całą trasę by rozładować drzemiące w ciele napięcie, przez swój odświętny strój zdecydował się pojechać autobusem. Przy bramie cmentarza poprawił marynarkę i spojrzał w jedną ze sklepowych witryn na przeciwko. Becca na pewno by go pochwaliła za odpowiedni dobór stroju.
Spojrzał na niedaleką kwiaciarnię, w której pozwolił sobie na dodatkowy zakup. Wyszedł z niej uzbrojony w trzydzieści białych róż, podzielonych na dwa bukiety po piętnaście kwiatów, związane czerwoną tasiemką na kokardkę. Ruszył między nagrobkami, szukając znajomego nazwiska i czując jak pęka mu serce. Jamesa znalazł pierwszego, delikatnie położył kwiaty przed jego grobem.
-Przepraszam, przyjacielu. - szepnął cicho, mając świadomość, że tutaj nie ma jego ciała.
Zarejestrował obecność innej kobiety przy grobie samej Rebecci, ale uznał, że najpewniej jest to jakaś jej krewna. Nie badał jeszcze, czy przypadkiem nie żyje na świecie osoba w której żyłach płynie krew jego przyjaciół. Stanął obok kobiety, nim przykucnął, aby położyć przed nagrobkiem drugi bukiet. Otarł oczy jedną ręką, czując napływające do oczu łzy.
To wszystko nie miało być tak.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 63
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Pon Mar 19, 2018 5:55 pm

Stała tak wpatrzona w jeden punkt, którym było jej własne nazwisko. Widok ten zawsze wprawiał ją w pewną melancholię i poczucie winy. Nie powinna tutaj stać. Jej miejsce było przy Buckym, gdziekolwiek właśnie się znajdował. Niebo, ziemia, piekło. Wszystko jedno. Byle tylko móc ujrzeć jeszcze raz jego uśmiechniętą twarz. Kątem oka zauważyła mężczyznę kładącego śliczny bukiet kwiatów na grobie jej brata. Białe róże. Klasycznie pięknie. Kochała te kwiaty, chociaż lubiła też niebieskie. Bucky zawsze śmiał się, że trudno będzie znaleźć takie błękitne na pogrzeb. Na samo wspomnienie łza zakręciła się w oku Beccy. Wtedy też Rogers stanął obok niej. Pochyliła głowę oczekując chwilę, by wyrównując oddech.
- Przepraszam, ja wciąż żyje. - Wykrztusiła z siebie widząc jak mężczyzna składa kwiaty na jej własnym nagrobku. Wcześniej nie zwracała najmniejszej uwagi na nieznajomego. Pogrążona w myślach nawet nie spojrzała na niego. Powoli uniosła wzrok i...zamarła. Serce podeszło do gardła. Czy to kolejny sen? Koszmar, z którego wybudzi się krzycząc opętańczo? Jej błękitne oczy zeszkliły się mocniej. Nie potrafiła powstrzymać potoku łez, który zalał jej twarz. Na nogach z waty zrobiła niepewny krok, ledwo utrzymując równowagę. Zebrała się w sobie i uśmiechnęła przez łzy.
-...masz gust, uwielbiam białe...- próbowała wyrzucić z siebie coś więcej, ale burza emocji, która ją zalała, sprawiła, że straciła kontrole nad głosem. Cholernie się bała, że jak tylko podejdzie to ten prysknie w powietrzu jak bańka. Nie była pewna czy powinna robić jakikolwiek ruch w stronę blondyna. Miała prawdziwy zamęt w głowie. To był on. Wszędzie poznałaby te śliczne, błękitne oczy, blond czuprynę na głowie. I ten elegancki strój. Zawsze zwracała Steve i bratu uwagę na odpowiednie odzienie. Zobaczyła, że nawet pod tylu latach jej nauki nie poszły w las.
Tak. To był naprawdę on. Nie mogło być inaczej. Zmienił się. Te wszystkie mięśnie, rysy twarzy. Mimo wszystko jedno pozostawało niezmienne - jego oczy, w których widziała odbicie dobra i szlachetności. Obawiała się, że jej nie rozpozna. Jakby spojrzeć na jej ostatnie zdjęcie i porównać z obecnym wyglądem, może postarzała się o trzy lata, ale nie więcej. Rogers mógł zapomnieć. Nie! Złoiła się w myślach. Chłopak, którego znała, nigdy nie zapomniałby o przyjaciołach. Przecież przyszedł tutaj, kupił jej róży. Szczegół, że z myślą o zmarłych, ale miał dobre intencje.
Nie wytrzymała dłużej napięcia, które nagle zapanowało wokół nich. Ruszyła ociężale, by zaraz rzucić się energicznie w jego ramiona. Nie powinna bez ostrzeżenia atakować go, tak nie wypadało. Ciężkie krople łez opadały na ziemie.
-...S-steve...? - zapytała dla upewnienia, czy oby to nie fatamorgana. Dotknęła drobną dłonią jego policzka, musnęła delikatnie palcami skórę. Drżała. Pokręciła z niedowierzaniem głową. -...ty...żyjesz...- Rękę z policzka zabrała na jego ramię, a potem wtuliła twarz w jego pierś. Nie powiedziała nic więcej. Zanosiła się płaczem. Dostawała spazmów tak wielkich, że lada moment Rogers będzie musiał przygotować kolejne kwiatki na grób, a nawet nie zdążył się dobrze przywitać. Faktycznie, z trudem łapała oddech. Wszystko działo się tak szybko, nie mogła pozbierać myśli. W jednej chwili stoi nad grobami rodziny i przyjaciół, a w drugiej jeden z nich wyrasta spod ziemi i wspomina ją przy grobie. To zbyt piękne, by było prawdziwe. Ale on wciąż stał. Stał i nie miał zamiaru jej opuścić. Był z nią.
A potem zdała sobie sprawę, że pogniotła mu garnitur.
- Przepraszam...tak dobrze wyglądałeś...- wybełkotała przyczepiona do jego ciała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 339
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Wto Mar 20, 2018 5:08 pm

Sam nie przestawał kucać przed grobem, patrząc na datę na nagrobku. 1946... cały rok po tym jak sam zatonął w oceanie. Czyli jednak raczej niewielkie szanse na to, że kobieta stojąca obok była z nią... głos nieznajomej wyrwał go z tego dziwnego odrętwienia. Obejrzał się na nią, z wyraźnym zdumieniem wymalowanym na twarzy, unosząc wzrok na górującą nad nim postać.
-B-becca? - wydusił z siebie, natychmiast stając do pionu i patrząc ze zdumieniem na tę dziwaczną fatamorganę. Czyżby przesadził z tym użalaniem się i jego wyobraźnia spłatała mu figla?
-Chodziło mi o symbolikę... - czuł się winny, że nie zadbał o bezpieczeństwo Becci po śmierci jej brata. Zrobił co prawda wszystko aby widmo nazizmu jej nie dosięgło, ale nie wiedział, czy to wystarczy. Szczególnie, gdy to z jego winy straciła brata. Jej ramiona oplotły go nagle. Wręcz machinalnie również ją objął, zatapiając twarz w jej włosach i ze zesztywniałego, przytulając ją czule i delikatnie. Już nie krępował się i płakał na całego, choć bardziej z radości niż smutku. Jakkolwiek nie miało to żadnego sensu.
-Tak. Udało mi się. Ale jak to możliwe, że ty żyjesz?- wydusił z siebie to co naprawdę go martwiło. Gdy odsunęła się minimalnie od niego spojrzał na nią, uśmiechnął się i przytulił twarz do jej ręki.
- Nie szkodzi i tak był wygnieciony przez komunikację miejską. - oderwał od niej jedno ramię i otarł swoje oczy, nie mogąc przestać się uśmiechać. Był potwornie oszołomiony tym wszystkim, ale wiedział jedno: nie puści Becci tak szybko, póki nie będzie pewny, że ona tutaj zostanie. I że nie jest tylko halucynacją.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 63
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Wto Mar 20, 2018 7:36 pm

Ten rok. Rok, który rozpoczął całkowicie nowy epizod w życiu Rebekki, chociaż nie mogła o tym wiedzieć, gdy otwierała oczy po raz pierwszy od śpiączki. Data zakopująca Barnes pod ziemią, uznająca ją formalnie za zmarłą. Szukali ciała? Raczej nie. Kto o zdrowych zmysłach starałby się odnaleźć prochy na dnie morza wraz z wrakiem machiny latającej? Ewentualnie topielca. Może i to dobrze, ale nie mogła wyobrazić sobie, co czuli jej bliscy, gdy spoglądali na pusty grób. A raczej dwa puste groby należące do rodzeństwa.
- Oh, wiem, wiem Steve...ale jakie znaczenie ma symbolika, gdy jesteś tuż obok mnie? - Zapytała wciąż nie wierząc w to, co widziały jej oczy i rejestrowały zmysły. Kątem oka spojrzała jednak na nagrobek i poczuła, jak serce na nowo rozpada się na malutkie części.
- Róże. Piętnaście białych róż... - Pokręciła głową i wtuliła się mocniej. To, co czuła, nie można wyrazić w żaden sposób. Żal, tęsknota, radość, a zarazem dziwna i przytłaczająca wręcz pustka, wiercąca głęboką dziurę od lat w jej wnętrzu. Wydawało jej się, że teraz zaczęła stopniowo wypełniać się czymś nowym, a właściwie kimś. Chłopiec, a właściwie już mężczyzna, którego traktowała jak drugiego brata. Bawiło ją, że wciąż widziała blondyna jako tego chorowitego i uroczego chłopaczka. W porównaniu z obecnym stanem rzeczy, Rogers oddalił się od tej wizji tylko pod aspektem fizycznym.
- Dobry Boże...tak tęskniłam...- Westchnęła przeciągle wycierając łzy wierzchem dłoni, którą na moment oderwała od ciała przyjaciela.
Na pytanie zareagowała dość dziwnie, a jednocześnie zrozumiale. Wszystkie jej mięśnie spięły się momentalnie. Wyglądała jak Kapitan Ameryka przed walką. No dobrze, może nie miała takich mięśni jak on, były bowiem dobrze ukryte i bynajmniej nie pod fałdkami tłuszczu i tylko nieliczni z S.H.I.E.L.D wiedzieli o ich istnieniu. Zapadła chwilowa cisza. Zamknęła oczy zaciskając mocniej palce na materiale ubrania Steve.
- ...ja... - zaczęła niepewnie. Nie wiedziała od czego powinna zacząć i czy w ogóle było to miejsce odpowiednie na takie rozmowy. Sama z kolei była niecierpliwa i raczej nie dotrwałaby w milczeniu w drodze do innej, bardziej przytulnej lokalizacji. Zbierała się w sobie przez ten moment. Wracające wspomnienia uderzyły ją z liścia w twarz i mimo bólu, jaki odczuwała, zaczęła mówić.
- Zrobiłam to, czego tak bardzo nie chcieliście. Nie potrafiłam dłużej patrzeć na śmierć i wojnę bezczynnie. Wstąpiłam do Sił Powietrznych...- Otworzyła oczy lecz nie potrafiła spojrzeć w twarz Kapitanowi. Nie była z siebie dumna. Co prawda miała własne zasługi w drugiej wojnie światowej, robiła to z poczucia obowiązku, jak jej brat. Miała świadomość, że każdy dzień to nowe wyzwanie i mogła nie wrócić cało do domu. I co wtedy pomyślałby James? Oszukała go. Ukrywała prawdę, a potem zginęła. Opłakiwałby ją przy grobie bez ciała, tak jak to teraz robili.
- Mogłam was już więcej nie zobaczyć, gdy odchodziliście. Nie potrafiłam znieść tej ciszy i samotności. Walka dodała mi nadzieje i nową siłę. Całkiem możliwe, że kiedyś przelatywałam nad waszymi głowami, a wy nawet o tym nie wiedzieliście, że jestem z wami na polu bitwy. - Opanowała drżenie głosu. - To był 1946 rok. Przelatywaliśmy nad Morzem Północnym. Niemcy. Zestrzelił mnie. Nie zdążyłam zareagować. Wszystko wokół płonęło. Czułam śmierć na karku...Pętla, którą sama na siebie nałożyłam, zaciskała się wokół szyi. Wyskoczyłam w ostatniej chwili. Wybuch. Eksplozja samolotu. Morze. Woda, dużo wody. Pochłonęła mnie. Ogłuszyło. Chyba skrzydło we mnie uderzyło. - Przypomniała sobie o bliźnie z tyłu głowy i ciągnęła dalej, a wszystko na jednym oddechu. - Tonęłam. I ciemność. Pochłonęła mnie. Nie jestem pewna, co działo się potem. Z tego co mi powiedziano, byłam w śpiączce. Wyłowił mnie brytyjski lotniskowiec, jacyś ludzie z T.A.R.C.Z.Y. Zajęli się mną. Żyje wyłącznie dlatego, bo zrobili ze mnie królika doświadczalnego. Rozumiesz to, Steve? Tyle lat...rozmrożono mnie pięć lat temu. Czułam się, jakby tamten dzień wciąż trwał. Ja...ja to widzę. Każda sekunda...- Załkała. Uparcie unikała wzroku blondyna z obawy przed...właściwie przed czym? Obawiała się, że jej nie zrozumie. Zdaniem Rikki jej własne zachowanie było egoistyczne. To nie to samo, co śmierć Buckyego. Nie obwiniała za nią nikogo. Nie mogła. James zrobił to, co należało. Obronił przyjaciela, nie, kogoś znacznie bliższego, kosztem własnego życia. Rebecca zrobiłaby to samo i nie myślałaby o konsekwencjach.
- Wybacz mi...błagam...- Dopiero po tych słowach uniosła wzrok, a widząc uśmiech na ustach Steve, uśmiechnęła się również. Kontrolowała się na tyle, by skupić się na czerpaniu radości z tego zaskakującego spotkania. Zmierzwiła włosy Rogersa i parsknęła cichutkim śmiechem.
- Zawsze wierzyłam, że nie przerośniesz mnie, a tu proszę...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 339
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Czw Mar 22, 2018 7:46 pm

Steve patrzył na tę kobietę z czułością, której sam się po sobie nie spodziewał. Becca była dla niego jak prawdziwa siostra, zawsze żałował, że nie mógł dla niej zrobić więcej. Niby został superżołnierzem, ale wciąż daleko było mu do możliwości wielu innych bohaterów. Osiągał wyniki na granicy ludzkiej wytrzymałości, ale wciąż to było niewiele przy tym co mogli osiągać inni ludzie.
- Wiem... ja... Ja cię przepraszam Becca. Za to że nie mogłem ci pomóc - wyznał, przytulając twarz do jej ramienia i zamykając oczy wypełnione łzami. Pociągnął nosem, znów biorąc ją w ramiona i starając się walczyć z gwałtownie płynącą wodą. Nie bawił się w ukrywanie uczuć, choć pewnie powinien, skoro był mężczyzną. Ale wykręcał się, że jest również artystą, więc może sobie od czasu do czasu popłakać, szczególnie gdy spotyka się swoją, nie tak dawno uznawaną za zmarłą przyjaciółkę.
- Ja też. Bardzo. Becca, tak cudownie cię znów widzieć, czuć! - objął ją jeszcze raz. Była prawdziwa, najprawdziwsza, trzymał ją, dotykał, nie znikała, to nie był sen! Ciężko mu było zebrać myśli aż do momentu gdy kobieta zebrała się w sobie i ruszyła w milsze miejsce. Steve wskazał jedną z ławeczek pod wiekowym dębem, pewnie starszym od ich obojga, po czym poczekał aż zajmą pozycję i Becca zacznie snuć swoją historię. Nie przerywał jej, dając możliwość powiedzenia wszystkiego co aktualnie leżało jej na sercu. Słuchał jej strasznej spowiedzi, ściskając jej dłoń cierpliwie i próbując przekazać jej wsparcie całym sobą, jednocześnie nie łamiąc jej przy tym palców.
- Becca, nie winię cię. Ani ja, ani James. Zrobiłaś to co uznałaś za słuszne, jestem... jesteśmy z ciebie dumni!Nie masz najmniejszego powodu do wstydu czy uważania się za gorszą. Jesteś wspaniała! Nie wiem czy będąc na twoim miejscu znalazłbym w sobie tyle odwagi - wyznał wręcz czule, patrząc na jej twarz. Jej osoba była niczym boja wyrzucona przez morze, której mógł się uczepić w tych strasznych, obcych czasach.
-Zabawne, mnie wybudzili dwa miesiące temu. - wyjaśnił głaszcząc się po potylicy - Według moich wspomnień oraz ich czytników, rozbiłem się na Arktyce w drodze powrotnej z Francji do USA. Najwidoczniej wtedy zamiast zamarznąć moje ciało przeszło w stan hibernacji. - Jednak jej kolejna prośba sprawiła, że fala uczuć na nowo się zmogła.
- O ile ty wybaczysz mi - zawyrokował. Nie czuł jej winy, rozumiał praktycznie wszystko co kierowało Beccą w momencie gdy zapisywała się do wojska by walczyć.
-Tak, pamiętam, już raz mi to wypominałaś. - Za późno ugryzł się w język, uświadamiając sobie, że wspominanie momentu, gdy powiedział jej o tym co się stało, nie jest najlepszym pomysłem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 63
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Czw Mar 22, 2018 11:07 pm

Rebeccę nie interesowały mięśnie czy siła. Nie zwracała uwagi na to, czy mężczyzna, którego poznała, potrafił udźwignąć ciężarówkę, przebiec parę kilosów w minutę, czy odbijać tarczą pociski. Mężczyzna, którego zna, wspiera ją słowem, samą swą obecnością sprawia, że czuje się bezpiecznie. Steven Rogers był właśnie tym kimś. Nawet gdyby potrafił to wszystko, dla Beccy nie miało to znaczenia. Jeśli jednak fakt, że mógł komuś solidnie przyłożyć miał zadecydować o tym, czy będzie wciąż trwał przy niej, była gotowa gryźć i drapać, byle tylko tak się nie stało.
- Łamiesz mi tym serce. - Westchnęła po jego przeprosinach. - Zrobiłeś wszystko...wszystko co mogłeś. - Powiedziała załamującym się głosem. To samo usłyszał z jej ust tamtego dnia, gdy przekroczył próg jej mieszkania, gdy obwiniał się za śmierć najważniejszej osoby w jej życiu. Pamięta ten dzień idealnie. Nawet teraz echo słów Rogersa zadzwoniło w jej głowie. Usiłowała odłożyć to na bok i skupić się na rzeczywistości. Na chwili, którą pragnęła ciągnąć w nieskończoność.
Widok Steve w takim stanie podsycał jej, już i tak wystarczająco silne, emocje. Położyła dłoń na głowie blondyna i wplotła palce w jego włosy głaszcząc delikatnie. Łzy nie zaprzestały rzeźbić dolin w policzkach Beccy. Wciąż płakała. Ile miała łez w zapasie? Przez te wszystkie lata nazbierało się trochę. A to...to był drugi raz, gdy Steve widział siostrę jego najdroższego przyjaciela w rozpaczy. Zawsze ukrywała przed nimi swoje słabości, chcąc wywrzeć na chłopcach wrażenie twardej i nieulękłej kobiety. Udało jej się, ale jakim kosztem?
Wyprostował się, a Rikki kontynuowała uspokajające głaskanie. Jasne kosmyki prześlizgiwały się między palcami. Robiła tak nie pierwszy raz; gdy Steve trawiła gorączka, gdy przejmował się czymś lub próbował pomagać przy porządkach domowych. Powoli wyrównywała oddech. Ciepło ciała Kapitana Ameryki rozluźniało stopniowo mięśnie Barnes. A Strach częściowo ją opuścił. Zastąpiła go tęsknota za dawnymi czasami, w których żyli chwilą.
Usiadła na ławce ze spuszczoną głową, a błękitne oczy spoczęły na ziemi. Była strasznie towarzyszowi za okazane wsparcie i zrozumienie. Przez cały ten czas nie odrywała spojrzenia od jakże inspirującego kawałka chodnika wiedząc, że jeśli ujrzy jego oczy, nie będzie w stanie kontynuować.
- James...on...on nie...- Urwała, przeniosła wzrok na oblicze Rogersa. Nie dokończyła. Wypowiedzieć to było niezmiernie trudno. Czy Bucky rzeczywiście był z niej dumny? Możliwe, że tak. Usta kobiety ułożyły się w słabym uśmiechu. - Czułam się okropnie ukrywając prawdę przed wami. Tyle dla was poświęciłam...nie wiem,czy postąpiłam słusznie. Najbardziej boli mnie, że nie zdążyłam powiedzieć mu wszystkiego. - Pomijając już, że i mężczyzna siedzący o bok nie znał kilku faktów z życia Nomad - chociażby nie miał zielonego pojęcia o nocnej pracy Beccy. Zastanawiała się, czy powinna mu to powiedzieć. Pożarłby ją wstyd, ale nie mogła kryć przed nim kolejnych rzeczy, gdy okazało się, że jest cały i żywy. Zdecydowała. To nie dogodny moment na takie wyznania.
- Dwa miesiące temu? Jak się z tym czujesz? Wiem, co przeżywasz...To wszystko wokół jest takie obce. - Zapytała trochę zatroskana stanem psychicznym przyjaciela. Miała zamiar pomóc mu z całych swych sił. Nie zawiedzie go, tak jak on nigdy nie zawiódł jej. Mógł być tego pewien.
- Nie miałabym serca, ani duszy, gdyby było inaczej. - Otarła oczy przepełnione łzami, zaczerwienione od dłuższego płaczu, a potem policzek. Ręką, którą trzymał Steve, zacisnęła się w pięść. Nowa fala żalu uderzyła niczym tsunami, zmywając domy i wszystko na swej drodze. Jednak nowe łzy nie chciały już płynąć. Siły całkowicie opuściły Rebecce. Była pewna, że nie jest w stanie utrzymać się samodzielnie na nogach. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Na kolejne wspomnienie tamtego dnia przymknęła oczy. Delikatnie odwróciła się tak, że chwilę potem oparła czoło o ramię kompana. Cichutko, bez szlochu i jęków rozpaczy. Nie wiedząc co zrobić z rękoma pozostawiła je luźno wzdłuż ciała. Dłuższe milczenie brzmiało jak ukojenie dla ich dusz. Opanowali się, byli spokojniejsi. W końcu nie bez przyczyny mówi się, że milczenie jest złotem.
- Gdy cię zobaczyłam...myślałam, że śnie. Chciałam się obudzić jak najszybciej. Koszmary. To przerażające. - Nie wnikała w ich szczegóły, lecz mówiła dalej. - Odnaleźliśmy siebie. Teraz...teraz boje się. Cholernie się boje, że znowu cię stracę. - Otworzyła na moment oczy i uniosła głowę. Serce zabiło szybciej. - ...nie opuszczaj mnie. Nie po tym wszystkim, co razem przeżyliśmy. - Jej drobna dłoń spoczęła na ramieniu Kapitana. Uśmiechała się tak smutno, rozczulająco wręcz.
- Steve...ja...ja cię kocham...jak jego. Przy tobie czuje jego cząstkę. Jesteś, jesteś jak Bucky. On w tobie żyje...Steve...Zawsze uwielbiałam cię. Jesteś dla mnie jak przyrodni brat. Gdybym mogła...oh, zrobiłabym to samo, co James, byle tylko cię chronić...- Nigdy wcześniej nie odważyła się powiedzieć wprost o swej braterskiej miłości do niego. Pewnie ją czuł, ale musiała to w końcu z siebie wydusić. Czuła się z tym o niebo lepiej. Tak. Jakkolwiek to zabrzmi - Kochała go.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 339
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Sob Mar 24, 2018 6:10 pm

To była intymna chwila, której dwójce staruszków zamkniętych w za młodych ciałach dawało całe otoczenie. Nikt nie przychodził, słońce grzało, wyglądając co chwila za chmur. To będzie piękna wiosna. W tym momencie, Steve mógł to przysiądź, skupiając się na swojej towarzyszce. Becca była cudowną kobietą i wspaniałą siostrą co udowadniała na każdym kroku.
Objął ją ramieniem, przytulając do siebie, chcąc dać jej całe wsparcie chociaż fizycznie, bo nie zawsze potrafił znaleźć odpowiednie słowa. Czuł jej ból, przecież James był dla niego takim samym bratem jak dla niej, choć nie dzielili matki. Mimo to, potwornie się czuł na myśl o tym jak stracił swoją ukochaną rodzinę.
- Nie zawsze podejmujemy dobre wybory, ale dałaś radę walczyć ze wszystkimi przeciwnościami. Nie załamałaś się, mimo że sytuacja była koszmarna. Jeśli to nie zasługuje na szacunek, to nie wiem co należy zrobić aby go otrzymać. - Kobiety nawet teraz musiały znosić poniżanie ze strony innych, nawet innych przedstawicielek tej samej płci. Trzeba było mieć niezłomny charakter aby wytrzymać w świecie gdy było to wszystko jeszcze trudniejsze. A co do tego jaki zawód miała Becca... niech mu tego oszczędzi. Będzie czuł się jeszcze gorzej niż teraz, gdy uświadomi sobie w jaki sposób jego "siostra" pracowała na życie swoje i ich.
- Trzymam się całkiem dobrze - odpowiedział wręcz machinalnie, nim spoważniał - Staram się odnaleźć moich przyjaciół z czasów wojny. Niestety... - spojrzał w stronę grobów - Zbyt często wymaga to przyjścia na cmentarz lub do szpitala - miał jeszcze tak wielu do odnalezienia. Wciąż nie wiedział co się stało z Peggy, a agencja uparcie odmawiała mu podania tej informacji. Sprawiało mu to ogromny ból, ale nie mógł na to nic poradzić. Był wciąż ledwo na pierwszym poziomie, czego oczekiwał, że nagle wszyscy będą mu mówić co i jak?
- Nie opuszczę. Przecież nie po to cię odnalazłem by opuszczać - obruszył się, ale dalej czule obejmował, trzymając za rękę. Jakaś starsza pani, która zdecydowała się tu również przyjść sarknęła coś o "niewychowanej młodzieży" i pokuśtykała w swoją stronę, ale Steve jej nawet nie zarejestrował.
-Becca, ja również cię kocham. Przygarnęliście mnie, gdy nie miałem nikogo, zrobiłaś dla mnie tak wiele żebym miał jakiekolwiek szanse na życie. Jesteś dla mnie jak siostra. I... i czy pozwoliłabyś mi bym cię tak nazywał? - spytał poruszony tą bliskością, którą razem dzielili, spojrzał jej prosto w oczy oczekując odpowiedzi. Jego siostra Becca. Brzmiało to całkiem zabawnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 63
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Sob Mar 24, 2018 9:59 pm

Faktycznie nie mogli poskarżyć się na pogodę. Był naprawdę piękny dzień. Żadnego deszczu ani mrozu.  Becca uwielbiała wiosnę. Zawsze wtedy była tak pełna życia i radości...budziła się do życia wraz z pierwszymi pączkami kwiatów. Teraz też był maj. Siódmy maj. Wstając rano z łóżka nie zwróciła na to najmniejszej uwagi, ale teraz...gdy zobaczyła nad własnym grobem Steve z kwiatami...
- Pamiętałeś...- Powiedziała doszczętnie wzruszona. - Przyszedłeś tutaj, by złożyć mi życzenia? - Zapytała z łzami w oczach. On naprawdę o niej nie zapomniał. Nie znała ludzi, którzy postępowali jak on. Nigdy nikt z jej znajomych nie chodził na cmentarz składać życzeń zmarłym. Chociaż sama tak postępowała, w końcu brat był najważniejszą osobą w życiu Beccy. Uśmiechnęła się i otarła kciukiem łzy.
- Dziękuje. Jesteś wspaniały. - Pochyliła się nad nim i pocałowała w policzek. A potem zaśmiała się swym dźwięcznym głosikiem próbując udać, że nie widzi jego zdziwionej lub zawstydzonej miny. Steve zawsze był kochany i nigdy jej nie opuścił w najtrudniejszych momentach jej życia. W tych mniej ważnych również. Zawsze był obok, gdy go potrzebowała. Nawet jeśli chodziło o jakąś błahostkę, on i tak trwał obok. W nocy, w dzień, podczas deszczu, gdy pokłóciła się z Buckym, albo gdy sama źle się czuła, ale wciąż pracowała. Nie miała zielonego pojęcia jak mu to wynagrodzi. Czy było coś, co mogła dla niego zrobić, by się zrewanżować? Czuła, że teraz powinna wspierać go równie mocno. Zresztą, robiła to, bo chciała. Bo pragnęła by był szczęśliwy, nawet jeśli sama nie mogła.
- Masz rację. Nie wiesz jak bardzo jestem ci wdzięczna, za to wszystko. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. James też. - Wtuliła się niego mocno. Czuła się tak wspaniale mogąc czuć jego ciało, słyszeć jego głos...móc powspominać i przypomnieć sobie o swoim prawdziwym życiu.
- Niestety wiem, co czujesz. Przykro mi, Steve. Obawiam się, że wszyscy moi znajomi znajdują się już dawno tutaj. W końcu jestem od ciebie starsza. - Pogładziła dłoń mężczyzny rzucając mu współczujące spojrzenie.
Nie zwróciła uwagi na staruszkę, ale na pewno by się roześmiała. ''Młodzież''? Ta kobieta była prawdopodobnie w ich wieku! Przyłożyła dłoń do ust, gdy usłyszała pytanie. Łzy same napłynęły do oczu. Pokręciła głową i zakładając ręce na jego szyje, przytuliła mocno. Czekała na to, ale nie wiedziała, że tak mocno ją to poruszy. Odpowiedziała natychmiast.
- Oh, Steve, tak, ależ oczywiście...! Zawsze chciałam mieć drugiego brata. - Zaśmiała się z łzami w oczach. Potem oderwała się i powoli wstała z ławki ciągnąc jednocześnie blondyna za dłoń.
- Muszę jeszcze kogoś odwiedzić. Mógłbyś mi potowarzyszyć? - Zapytała z nadzieją, że ten się zgodzi. Nie chciała iść sama. Gdy tutaj przychodziła czuła się jakby te wszystkie twarze zmarłych przyglądały jej się i śledziły każdy jej ruch. Czekając na odpowiedź ściskała jego dłoń. Zgodził się. Całe szczęście. Kiwnęła głową i oparła się delikatnie o jego bok, prowadząc ich w inną alejkę.
Przysłuchiwała się ćwierkaniu ptaków, nasłuchiwała szumu wiatru w koronach drzew. Westchnęła cicho, przymykając na ten moment oczy. Po krótkim spacerze między grobami stanęli. Becca wyszła nieco przed Steve i wpatrzona w nagrobek podeszła do niego bliżej. Uklękła. Tkwiła moment w tej pozycji. Powoli uniosła się na nogi. Kapitan zobaczył jak Becca czule gładzi zdjęcie młodego mężczyzny, prawdopodobnie blondyna, ale trudno było to stwierdzić. Portret był czarno-biały. A pod nim widniało nazwisko; Victor Brynt.
- Steve...to dzięki niemu tutaj jestem. - Uśmiechnęła się. Tyle razy tutaj wracała, wspominała te piękne chwilę spędzone przy boku oficera. Żałuje, że nie zdążyła ułożyć z nim życia. Był kimś więcej niż przyjacielem. Ale skąd miała wiedzieć, że wojna pozbawi ją takiej możliwości? Że prześpi ten fragment życia, w którym powinna tkwić przy boku Victora i ich dzieci, których nigdy nie mieli i mieć nie będą, bo ten już dawno był w trumnie? Steve nie wiedział o miłosnych relacjach siostry jego przyjaciela, ale mógł się domyślić, że był dla niej naprawdę ważny. Chociażby po samych gestach i wzroku, jakim patrzyła na stare zdjęcie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 339
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Pon Mar 26, 2018 8:43 pm

Na jej stwierdzenie pokiwał twierdząco głową nie mogąc znaleźć głosu. Odwlekał przyjście tutaj naprawdę długo, zawsze znajdując wymówkę, ale w urodziny Becci wiedział, że nie może ich tak wystawić i zrobić choć tyle. Nawet jeśli kwiatki były marnym prezentem, to ciężko jednak trupom dawać cokolwiek innego.
- Tak. Ale gdybym wiedział to bym... - w sumie, nagle go olśniło - A wiesz, znam dobre miejsce gdzie sprzedają wyśmienite lody orzechowe. - znalazł je przypadkiem, ale szczerze niczego nie żałował - Tylko jest trochę daleko stąd, choć jeśli nie boisz się jazdy autobusem, to powinniśmy dać radę dostać się w konkretne miejsce - stwierdził pewnie, trąc nos aby ukryć własne zdenerwowanie... a ona go pocałowała. Jak brata, w policzek ale od razu dało się zauważyć rumieniec który pojawił się na policzkach i szyi Stevena.
Jej zgoda na to by został jej bratem sprawiła, że uśmiechnął się szeroko. Pomimo faktu, że przybył tu płakać jak głupi, to teraz nie mógł zaprzestać uśmiechania się i cieszenia każdą chwilą w jej obecności. Był bezpieczny z czymś co pamiętał.
- Oczywiście. - Aktualnie zgodziłby się nawet na wspólny napad na bank, byleby móc spędzić z nią więcej czasu. Podniósł się, aby móc iść z kobietą, aby dowiedzieć się kto jest tak ważny dla jego siostry. Nieznana osoba z portretem. Wyglądał zawadiacko, ale to był ten typ który Beccę kręcił, a przynajmniej takie wyciągnął wnioski po obserwowaniu jej wcześniejszych partnerów.
- W jaki sposób? - nie wyglądał na kogoś ważnego. Ale może faktycznie był jednym z późniejszych agentów TARCZY? Szczerze, nie miał pomysłu, ale wyraźnie Becca wiązała z tym mężczyzną jakieś cieplejsze odczucia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Rebecca Barnes
Strażnik Chatboxa

Liczba postów : 63
Join date : 09/03/2018

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Sro Mar 28, 2018 5:08 pm

Becca nie miała najmniejszego żalu do Steve w związku z swoimi urodzinami. Skąd miał wiedzieć, że wciąż żyje? Tym bardziej, że powrócił do żywych dopiero miesiąc temu. Przyszedł. I to się liczyło. Taki drobny gest znaczył dla kobiety wiele. Wiedziała jakim trudem było przezwyciężenie swych strachów i przeszłości, zmuszenie się do przyjścia tutaj, do swych najbliższych. Doceniała to z całego serca.
- Lody orzechowe? - zapytała, by po chwili dodać bardziej pogodnie. - Oczywiście! Z wielką przyjemnością spędzę z tobą trochę czasu. Musimy nadrobić stracone lata. - stwierdziła czując już niemal smak lodów. Naszła ją ochota na coś przyjemnie orzeźwiającego i oto Steve proponuje coś tak cudownego, jakby czytał w jej myślach. Nie zdziwiłaby się. W końcu znali się tak długo, tyle o sobie wiedzieli.
- Raczej nie będzie problemu z autobusem. Co prawda trochę za duży tłok. Da się jakoś przeżyć, ale obawiam się o twój garnitur. Może tego nie przeżyć. - zwróciła uwagę na trochę pognieciony, nasiąknięty łzami strój przyjaciela, za którego stan już przeprosiła.
Na całe szczęście nie skomentowała rumieńców blondyna będąc litościwą i wiedząc, że ten zawstydziłby się jeszcze bardziej. Sama zareagowałaby podobnie na jego miejscu. Wyglądał uroczo, gdy oblewał się czerwienią na policzkach.
Rebecca mimo wszystko nie chciałaby napadać na banki, nawet ze Steve. Tak nieładnie! Jeszcze wyleją ją z pracy i co będzie? Jak odnajdzie się w tych czasach? Zdecydowanie wolała nie podpaść S.H.I.E.L.D ,gdy była całkowicie od nich uzależniona. Oj tak. Becca miała kilku partnerów, ale z żadnym nie związała się na dłużej. Częściowo to z winy Jamesa, który szczególnie zwracał uwagę na męską część towarzystwa starszej siostry. Momentami miała wrażenie, że to ona jest w tej rodzinie tą młodszą, którą trzeba pilnować.
Uśmiechnęła się na samo wspomnienie, pogładziła kark zastanawiając się nad odpowiedzią, co by nie namieszać w głowie towarzyszowi.
- Jest, to znaczy był, oficerem Sił Powietrznych. Gdy go pierwszy raz spotkałam, ah, tak mi zawrócił w głowie. - westchnęła przeciągle. - Pomógł mi dostać się do wojska. Nauczył mnie pilotować myśliwce i wszystko, co musiałam wiedzieć i potrafić. To było prawdziwe wyzwanie. Wiele kobiet próbowało dostać się do armii bezskutecznie. Gdyby nam się nie udało dożyłabym spokojnej starości oczekując waszego powrotu z wojny. - Czekałaby mimo, że nie wróciliby. Martwi nie mają takiej możliwości. Milczała dłuższą chwilę odwracając się ku nagrobkowi. Szybkim gestem otarła łzę spływającą po policzku i wyszczerzyła zęby w łagodnym uśmiechu.
- A więc jak? Idziemy? - zapytała biorąc go pod ramię jak za dawnych lat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 339
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   Czw Mar 29, 2018 11:22 am

Dwa miesiące temu, aczkolwiek starał się wszystko jak najszybciej nadrabiać. Ale dobrze że Becca doceniała i nie biła Steve'a kwiatami. Bicie kwiatami nie jest wcale przyjemne.
- To jak tylko załatwimy wszystkie sprawy tutaj, to pójdziemy na genialne lody orzechowe. - stwierdził cicho się śmiejąc. I po prostu sam bardzo lubił lody.
- Nic mu nie będzie, przeżył dojazd tutaj to tam również się dostanie. - zapewnił ją spokojnie, obserwując jej poczynania i to do czego zmierzali.
Wepchnął ręce do kieszeni patrząc na mężczyznę, który dalej uśmiechał się na zdjęciu. Czekał cierpliwie na to co powie Becca na jego temat.
- Nie wiem więc czy powinienem mu podziękować czy z bluzgać. - starał się zabrzmieć żartobliwie. Aktualnie jednak bardzo chciał nieznanego żołnierza mocno przytulić za to że nie zostawił Becci samej sobie. Choć ironicznie, tym razem to ona nie wróciła do niego z wojny.
-Tak, jasna sprawa. Chodźmy. - skierował się w stronę wyjścia ze cmentarza biorąc ja pod ramię aby dojść na miejsce.

z/t oboje Tutaj
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Sponsored content



PisanieTemat: Re: Green-Wood Cemetery   

Powrót do góry Go down
 
Green-Wood Cemetery
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Avengers Assemble :: Rozgrywki fabularne :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork :: New York City :: Brooklyn-
Skocz do: