IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Bar

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
avatar
Sombra
Sombraro

Liczba postów : 52
Join date : 11/07/2017

PisanieTemat: Bar   Pon Lis 13, 2017 8:57 pm



Ekskluzywny bar, będący częścią kompleksu. Znajduje się na jednym z ostatnich pięter.
Po wejściu wydaje się niepozorny i mały, jednak dalej znajduje się ogromna sala, mogąca pomieścić setki osób, nie tylko przy stolikach, ale i na parkiecie. Jedna ze ścian jest w pełni przeszklona, z widokiem na miasto nocą (w dzień, bo lokal wtedy też działa, są one zasłonięte). Jeśli ktoś woli trochę prywatności, może wynająć jeden z kilku prywatnych stolików (i nawet zamówić specjalne usługi).
Całość jest ozdobiona złotymi zdobieniami, a gdzieniegdzie można znaleźć wizerunki lwów oraz ikonografię słońca. Oprócz nietypowych zdobień, zadziwić może także obsługa nosząca eleganckie maski.
Jak można się domyślić, ceny są wysokie, nawet bardzo. Przeciętny człowiek nie byłby w stanie zapłacić za najtańszą rzecz, nie wpadając zarazem w długi (już pomijając fakt, że mógłby być jakoś magicznie okradziony). Bar jednak ma się czym pochwalić i rzadko kiedy znajduje się osoba niesłysząca o ich markowym drinku Lyrium. Występuje on w dwóch odmianach: niebieskiej, czyli podstawowej oraz czerwonej, czyli ostrej, tylko dla największych śmiałków.
Wiele ludzi chce się dostać do tego baru, jednak tylko nieliczni mają wstęp, a to co tam się dzieje, pomimo rozgłosu miejsca, pozostaje owiane tajemnicą.


SOMBRA
Mess with the best and die like the rest.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 11
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Sro Lis 22, 2017 1:41 pm

Francis uwielbiał otaczać się luksusem. Na szczęście mógł sobie dzięki swoim mocom i pieniądzom pozwolić na życie w dostatku. Bez trosk, bez problemów… Korzystać ze wszystkiego czego chciał bez kłopotania się jakimiś trywialnymi sprawami. Wiodło mu się nawet lepiej, niż kiedy był młodzieńcem na salonach Wersalu! Czasy się bowiem zmieniały i dawały coraz więcej możliwości… Nie był staroświecki i z chęcią korzystał z nowinek technologicznych mających ułatwić życie. Z jednego takiego korzystał właśnie teraz, kiedy przeglądał portale społecznościowe na swoim smartfonie.
Mógł wybrać każde miejsce na spędzenie tego wieczoru. W Mieście Grzechu natomiast było w czym przebierać, jeśli chodzi o ekskluzywne lokale oferujące przeróżne atrakcje dla wykwintnej klienteli. W samym Orlais jednak jeszcze nigdy nie miał okazji być, więc warto było skorzystać akurat z pobytu w Las Vegas na odwiedzenie nowych miejsc. Znał już wiele lokali, w których wiedział, że dobrze się zabawi, ale powtarzalność także nie leżała w jego naturze. Uwielbiał poznawać nowe rzeczy i kosztować życia pełną gębą. No… przynajmniej do pewnej granicy, w której nie ryzykuje życiem.
Dzięki kilku słowom, dolarom i subtelnemu dotykowi udało mu się zyskać odosobnione miejsce na sali pełnej gości. Mógł się rozsiąść wygodnie wraz z butelką wina i szklanką i pomyśleć do czasu, aż zaciągnie tu jakąś piękną nieznajomą, której zawróci w głowie, a potem wykorzysta w hotelowym apartamencie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 11
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Czw Lis 23, 2017 12:51 am

Gilbert lubił głośne otoczenie. Dobrze czuł się w szumie, wśród ludzi, tłumu, w który mógł się wmieszać. Często drażniły go cisza, spokój i bezczynność, więc gdy akurat nie wykonywał kolejnego brudnego zlecenia od Hydry, często włóczył się po klubach, barach, kasynach - gdziekolwiek, gdzie niemal zawsze tętniło życie. Nie ograniczał się do jednego miejsca w przeciwieństwie do 3/4 fabuł dziejących się na forum, a że akurat zdarzyło mu się przebywać w Las Vegas i zdążył już zlizać zmyć krew z dłoni - mógł się pojawić w jakimś przyjemnym, ładnym miejscu i trochę się komuś ponarzucać. Uwielbiał Miasto Grzechu, które swój prawdziwy urok odkrywało dopiero po zachodzie słońca, nocą, czyli podczas, oczywiście, ulubionej pory dnia Gilberta.
Orlais daleko może było do miejsca przesadnie głośnego, ale za to cieszyło się dobrą renomą i owiane było mgiełką tajemnicy, co Niemcowi stanowczo wystarczało za argument, żeby się tam wślizgnąć i chociażby rozejrzeć, skoro znalazł się w pobliżu. Wystarczył krótki kontakt wzrokowy z ochroniarzem stojącym przed wejściem i voila - już był w środku, uśmiechnięty, zadowolony z życia i promieniujący typową dla niego chęcią wykręcenia jakiegoś numeru; ale to postanowił zostawić sobie na potem - jak tylko wśród wielu innych zapachów zwęszył jeden dobrze mu znany, który aż szkoda byłoby zignorować. Nawet dla tamtej ślicznej brunetki z nogami długimi jak lufa Panthery.
Zgrabnie lawirując pomiędzy stolikami i gośćmi dostał się w pobliże miejsca docelowego. No proszę, rzeczywiście Francis. Jak zwykle wyglądał jak żywcem wyjęty z teledysku, siedząc samotnie, z butelką wina, w odosobnionym kącie zaludnionej sali. Aż się prosił, żeby mu przeszkodzić. Cała jego postawa mówiła "Gilbert, chodź tutaj, wypij za mnie to okropnie drogie wino i zaszczyć moją szarą osobę swoim towarzystwem". Jakże mógłby odmówić?
Nie sprawiło mu specjalnego problemu dostanie się do tej "strefy zamkniętej" i zakradnięcie się do Francisa od tyłu. Od czego miał moce i trochę umiejętności? Pośród panującego w barze ogólnego szumu nie musiał się nawet specjalnie skradać. Znalazłszy się zaraz za jego plecami, wyciągnął rękę i przyłożył mu przedramię (uzbrojone w drugi rękaw) do szyi, przyciągając nieco w swoją stronę, jakby chciał go udusić. Oczywiście, krzywdy mu nie zrobił, i nachylił się tylko trochę do niego, uśmiechając się pod nosem i rzucając niewinne:
- Bu.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 11
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Lis 25, 2017 1:06 pm

Francis spokojnie sączył wino rozglądając się po sali. W mroku jedynie przelotnie wyłapywał ciekawsze postacie, ale na razie nigdzie mu się nie śpieszyło. Co prawda lubił towarzystwo, ale obecnie chciał chwilę odsapnąć od całego zamieszania i szybkiego tempa. W głębi duszy był romantykiem i czasem potrzebował tej subtelnej chwili spokoju, chociaż nadal mając pewność, że gdzieś obok ktoś jest i zawsze może zmienić samotność na całkiem głośne towarzystwo. Był bardzo zmienny, dlatego szybkie przejście między jednym, a drugim nastrojem musiało być wprowadzane jak najszybciej.
Na szczęście dla Gilberta zdołał odstawić kieliszek z karmazynowym napojem na stolik, nim Niemiec brutalnie dopadł go uprzednio zakradając się cicho. Co jak co, ale wylanego trunku by nie odpuścił, a już zwłaszcza tak dobrego! A już w ogóle lepiej nie myśleć, gdyby wino rozlałoby się na jego ubranie…
Kiedy tylko poczuł na swoim gardle męskie ramie podskoczył przerażony i pisnął dziewczęco od razu łapiąc za rękę i w panice przekonując się, że agresora nie tak łatwo pokona. Na chwilę nawet zbladł i szerzej otworzył oczy. Wiele osób chciało jego śmierci… Przeważnie mężowie zdradzeni przez żony właśnie z nim. Nim jednak postanowił działać dalej wyciągając dłonie w kierunku twarzy napastnika usłyszał znajomy głos. W duchu odetchnął z ulgą.
- Kretyn. – mruknął oburzony, ale zły był chyba tylko bardziej na pokaz. Teraz już nieszczególnie tak mocno chciał się wyrwać z uścisku
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 11
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Lis 25, 2017 7:02 pm

Nie dane mu było odpocząć i odsapnąć, bo życie - a raczej w tym przypadku tak nie do końca, bo chodziło tu przecież o Gilberta - miało swoje własne plany wobec niego. Nie miał więc okazji nacieszyć się chwilą samotności, choć... towarzystwo nie trafiło mu się wcale takie złe. Relatywnie. Według samego Niemca, co w zasadzie był towarzystwem bardzo dobrym, o ile akurat nie miał w planie kogoś wysłać na tamten świat.
Jakoś nie miał w zwyczaju brać do siebie humorków Francisa, więc raczej nie przejąłby się i tym razem. Prędzej czy później święte oburzenie i tak by mu przeszło, a dla Gilberta czas nie miał specjalnego znaczenia. Szczególnie że trafił mu się towarzysz równie długowieczny co i on sam. Bardziej niebezpieczne od samego focha Francisa byłoby, gdyby próbował się zemścić i znowu wypróbować na nim hipnozę (drugiego razu by mu już nie odpuścił), ale życie-nie-życie jest znacznie ciekawsze, kiedy w grę wchodzi ryzyko. Zresztą... po prostu nie mógł się powstrzymać, żeby trochę go nie podenerwować. Miał do tego wrodzony talent i śmiało z niego korzystał.
Słysząc ten babski wrzask zaśmiał się jeszcze złośliwie i zabrał ramię z gardła Francuza, skoro i tak nie zamierzał go dusić. Lubił go straszyć i irytować - może traktował to jako drobne, ustawiczne mszczenie się, a może po prostu miał dziwne upodobania. Może oba. W każdym razie rzadko odpuszczał sobie okazję, jeśli już taka się nadarzyła.
- Ostatnim razem nazywałeś się Francis, jak dobrze pamiętam, ale dobrze wiedzieć, że zmieniłeś imię - Posłał mu jeszcze jeden uszczypliwy uśmiech i wyprostował się, powstrzymując wiecznie chodzącą za nim chęć wgryzienia mu się w szyję.
Zajął miejsce przy stoliku, najwyraźniej o zgrozo postanawiając zająć mu czas na trochę dłużej. Korzystając z okazji sięgnął po pozostawiony samemu sobie kieliszek z winem i upił trochę, stwierdzając, że jest jakby odrobinę za mało słodkie. Szkoda.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 11
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Wto Lis 28, 2017 8:17 pm

Francis nie był nieustraszonym bohaterem, który pluł w twarz niebezpieczeństwu. Cenił sobie swoje życie i nie śpieszno było mu się go pozbywać, dlatego tak nerwowo reagował na wszelkie próby zamachów na niego. Nie żeby nie miał odwagi dawać powodów do takich ataków… Ale przy ładnej kobiecie trudno myśleć racjonalnie i przejmować się konsekwencjami.
Wracając jednak do obecnej sytuacji… Francuz obstawiał, że to zarówno rodzaj mikro-zemst ze strony Niemca, jak i jego wredna natura miały swój udział w tym wykorzystywaniu sytuacji do straszenia go. Poznając lepiej Gilberta zauważył jaki to z niego okrutny śmieszek.
- Nie widzę potrzeby przedstawiania się znajomym, mon ami. Raczej widząc ich od razu wołam do nich po imieniu. – odgryzł się zręcznie i poprawił na siedzeniu przy okazji przelotnie wyprostowując niewidoczne zagniecenia na ubraniu, aby jak najmniej uwagi dać Gilbertowi. Niech cierpi przez ten chwilowy brak atencji w ramach kary za jego okropne zachowanie.
- Co za niesłychane spotkanie… Nie spodziewałem się ciebie tutaj. Co takiego robisz w Las Vegas? – spytał zaciekawiony w końcu skupiając się na niespodziewanym towarzystwie i łaskawie pozwalając opić się z odrobiny trunku. Był koneserem i o ile lubił i słodkie wina, to doceniał także i te półsłodkie lub wytrawne. Niemniej, na pewno wampirowi o wiele bardziej smakowałoby wino z ludzką krwią… Ale takich rzeczy Francis nie miał w zwyczaju zamawiać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 11
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Gru 02, 2017 11:48 pm

Dlatego tak bardzo bawiło Gilberta takie ciągłe średnio przyjemne (dla jednej ze stron) zaskakiwanie. Większość osób, którym wyciąłby taki "przyjacielski numer" w pierwszej chwili zasadziłoby mu cios łokciem, dopiero potem się zastanowiło. Z kolei Francis, szczęśliwie, najpierw krzyczał. No i zwyczajnie - reagował zabawnie, a Niemiec każdą taką sytuację uznawał za swoje małe zwycięstwo i kolejny krok do spłacenia długu z przeszłości.
Którego to długu Francis, oczywiście, nie spłaci nigdy.
- W takim razie pomylili ci się znajomi - stwierdził lekko, przejęty sytuacją mniej więcej tak, jak pewien pan z wąsem traktatem wersalskim w latach '30. Uśmiechnął się szerzej i odchylił na krześle, jak zwykle emanując tą typową, połowę społeczeństwa doprowadzającą do szału dumą, która - co pewne - w końcu go zgubi. Choć może akurat nie przy dogryzaniu powiedzmy-że-przyjacielowi. Przynajmniej nie temu.
Niemal go ubódł ten brak uwagi. Niemal, bo i tak wiedział, że Francis zaraz się odezwie (zresztą, tak w ogóle, co go obchodziła cudza uwaga?), więc mógł wytrzymać tych kilka sekund pozornego braku zainteresowania z jego strony, jednocześnie samemu będąc bardziej przejętym kieliszkiem z (nie tak dobrym jak by chciał) winem i (zdecydowanie bardzo dobrymi) nogami tamtej brunetki, jawiących mu się na horyzoncie możliwą wizją dorzucenia sobie kolejnego grzechu nieczystości do sumienia.
- Zwiedzam - rzucił, wzruszając ramionami i z powrotem podsuwając Francisowi kieliszek. Żałował, że gryzienie ludzi w miejscu publicznym nie bardzo wchodziło w grę. Jakkolwiek najedzony, nie pogardziłby jakąś dobrą krwią, skoro wino trafiło mu się nie najlepsze. - A tak poza tym to miałem tu coś do zrobienia. Sprawy, rozumiesz, służbowe.
Najczęściej znaczyło to mniej więcej tyle, że dzień później w wiadomościach powiedzą o jakimś kolejnym, nieładnym zgonie w okolicy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 11
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Gru 23, 2017 4:48 pm

Byleby tylko kiedyś Gilbert się nie przeliczył, bo Francis w obawie o własne życie może sięgnąć mu do twarzy, a wtedy będzie bardziej martwym martwym. Każdemu zdarza się gorszy czas, to i na życie Francuza będzie ktoś dybał bardziej niż zwykle, a przecież instynktu samozachowawczego wcale mu aż tak nie brakowało. W chwili realnego zagrożenia był gotów dosłownie pazurami wydrapać sobie życie. Poddanie się nie zawsze było równoznaczne z przeżyciem, więc czasem musiał uciekać. Ale żeby uciec trzeba było wpierw się uwolnić…
No, ale tym razem na szczęście skończyło się tylko na krzyku i ogólnym rozbawieniu. Bo mimo tego nieprzyjemnego żartu, to jakoś i jego bawiło to dziecinne straszenie. Było na swój sposób urocze, chociaż wredne. Ale co poradzić?
- Zdecydowanie nie. Taki kretyn jak ty, to jest jedyny w swoim rodzaju. – zapewnił go z całą powagą zostawiając w konsternacji wywołanej zarówno komplementem oryginalności, jak i obrazą ukrytą w jednym stwierdzeniu. Może gdyby Gilbert był mniej zadufany w sobie, to podczas tej rozmowy mogłaby ucierpieć tylko jego duma. Niestety obaj panowie wykazywali się całkowitą ignorancją na zaniżanie ich wartości.
- Idealne miejsce dla kogoś, kto lubi nocne życie. – W końcu byli w Las Vegas! Nawet jeśli w dzień było tu zjawiskowo piękne słońce, to jednak nocą najbardziej tętniło życie w mieście. Kasyna, kluby, domy rozpusty… Gdyby diabeł istniał, to na pewno sam osobiście założyłby to miasto na złość Bogu.
- Och… - niezbyt przejął się ewentualnym trupem, o którym jutro wspomną w lokalnych gazetach. Francis umiał wczuć się w innych, rozumieć ich ból i cierpienie, ale przeważnie ludzkie istnienie go nie obchodziło. Sam przecież nie przejmował się kosztami w przypadku własnych korzyści. A propo…
- Nadal nie powiedziałeś mi, czym tak naprawdę się zajmujesz. – mruknął blondyn zaczynając swoje marudzenie. W końcu wampiry nie bywają księgowymi, a tym bardziej księgowi nie zabijają. A jego zwyczajnie zżerała ciekawość, co takiego robi Gilbert, że służbowymi sprawami jest odbieranie ludziom życia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 11
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Sro Sty 03, 2018 10:49 pm

Ryzyko zawodowe. Czy raczej ryzyko związane z paskudnym charakterem, który przejawiał się u Gilberta choćby stanami kompletnej niedojrzałości emocjonalnej, pomimo przeżycia już niemal całego wieku. Pamiętał dokładnie, jak paskudne potrafią być umiejętności Francisa, ale ani trochę nie przeszkadzało mu to w prowokowaniu i straszeniu go przy niemal każdej nadarzającej się okazji - może po prostu lubił balansowanie na granicy śmierci... a śmierci.
Albo zostało w nim zdecydowanie za dużo z nieokrzesanego chłopca i za mało ze zdyscyplinowanego żołnierza jeśli chodziło o pokojowe relacje interpersonalne.
- Dobra, tak, wiem, jesteś mną absolutnie zachwycony, zdążyłem zauważyć. Naprawdę nie musisz się tak obnosić ze swoim uwielbieniem - podniósł dłoń do piersi i niemal skłonił się nad stołem, przekuwając oczywistą obelgę na swoją korzyść. Większość określeń, które w domyśle miały go obrazić, traktował jak komplementy. Zasadniczo... prawie wszystko tak traktował. Był prawdziwym mistrzem w przekręcaniu wszystkiego na swoją korzyść, i to z całkowitą premedytacją sprowokowania drugiej strony.
Poza tym, słów Francisa nigdy specjalnie nie brał do siebie.
- No i to w końcu Miasto Grzechu. Czuję się jak w domu - Vegas miało zdecydowanie więcej uroku nocą. Mało kto zwracał tu też uwagę na kogokolwiek innego niż on sam - jak to w większości wielkich miast - więc Gilbert mógł pogrywać jak chciał. Denerwowały go jedynie jaskrawe neony, ale przynajmniej miał pretekst do chodzenia w okularach przeciwsłonecznych. Nie, żeby w ogóle potrzebował do tego pretekstu.
Na stwierdzenie-pytanie Francisa wyciągnął się na krześle z miną zdradzającą jakiś dziwny rodzaj satysfakcji.
- Jestem akwizytorem. Bywa trochę nudno, ale nie narzekam.
Nie spieszyło mu się raczej do zdradzania faktu bycia agentem Hydry. Wtedy straciłoby to cały swój urok upiornej, krwawej tajemnicy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 11
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Pią Sty 26, 2018 6:18 pm

Nie musiał już uginać przed nikim karku jako oddany żołnierz, bo przecież teraz nikt nie miał jak go zmuszać, wywołując presje swoją wyższą pozycją. Teraz Gilbert miał moce, które stawiały go w lepszej sytuacji i ponad jakimkolwiek innym człowiekiem, a taka przewaga przyćmiewała moralne ograniczenia. I chociaż Francis nie miał takiego wachlarza zdolności, to też mocno rozbestwił się czując bezkarnym. Tylko że dla podtrzymania swojej wolności i zawód Francuz wybrał sobie luźny. Artyści zawsze byli panami sobie samymi!
W tej swobodzie jednak nie musiał uwzględniać tego, że potrzebuje krwi. Gilbert jako wampir miał to ograniczenie, poza słońcem, że posilał się krwią. A jako wybredny dzieciak pił tą ludzką, a jakoś nie każdy chciał się otwarcie swoją dzielić.. Chyba, że na CB. Gdziekolwiek więc pracował, Francis podejrzewał, że łączył przyjemne z pożytecznym jednocześnie zaspokajając swoją rządzę krwi na zabijanie samo w sobie.
- Jak w domu? Myślałem, że jesteś z Niemiec? Hmmm... Jak to... Ach! Królewiec nie brzmi, jak miasto pełne szaleńczych rozrywek. – powiedział zamyślony starając sobie przypomnieć skąd dokładnie to pochodzi przyjaciel. No, a przynajmniej udając wyrzucenie z pamięci tak małej miejscowości, która z niczego szczególnego na arenie międzynarodowej nie zasłynęła. Oczywiście było to jedynie po złośliwości dla związanego z tym miejscem Gilberta. Może i łatwo obaj zmieniali ataki w komplementy, ale to tylko wzmagało wzajemną chęć rzucania mniejszymi lub większymi uszczypliwościami.
- Hmpf! – prychnął i upił łyk wina nadal zjadany przez ciekawość. Mimo to starał się uszanować te tajemniczą aurę. Było to zbyt seksowne, aby przerywać w prosty sposób. – Gdybym tylko chciał, to i tak zmusiłbym cię do powiedzenia. – Wzruszył niedbale ramionami. Nie planował faktycznie używać swoich mocy, ale pogrozić nie zaszkodzi. W końcu obaj nie byli święci i swoje na sumieniu mieli. No, gdyby tylko tego sumienia nie zgubili gdzieś w Europie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 11
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Czw Lut 08, 2018 11:23 pm

Teoretycznie w obowiązku miał teraz uginanie karku przed Red Skullem, ale zasadniczo... wolności i swobody miał nieporównywalnie więcej niż w armii. Właściwie robił co chciał i rzeczywiście mało co go od czegokolwiek powstrzymywało - zwłaszcza, że Gilbert nie dogadywał się najlepiej z wyrzutami sumienia, które zostawił chyba w domu rodzinnym, kiedy był jeszcze dość niewinnym dzieckiem, bez broni na ramieniu albo zwierzęcego instynktu kontrolującego zmysły. Mimo wszystko jednak... był żołnierzem. Nauczyła go tego nie tylko sama służba w armii, ale jeszcze wcześniej surowe wychowanie (tresura) ojca i jego twarda ręka. Z założenia był więc idealnie wytrenowanym wojskowym psem - tylko brakowało mu smyczy, a weź tu teraz takiego złap jak zdążył już zdziczeć. I w swojej własnej opinii Gilbert jak najbardziej też był artystą: artystą zniszczenia!
W końcu najlepiej maluje się czerwoną farbą.
Francis na pewno znajdował się w sytuacji o tyle wygodniejszej, że do swoich mocy nie musiał się przy okazji przejmować wyraźnymi ograniczeniami. Gilbert nigdy nie narzekał (niespecjalnie miał to w zwyczaju), ale bycie wampirem miało też swoje minusy.
Na jego stwierdzenie sarknął i uśmiechnął się krzywo, spoglądając na niego spode łba.
- Nie mówiłem o domu jako o Königsbergu - Nigdy nie przestał używać niemieckiej nazwy. I chyba nigdy nie przestanie. - Bardziej tym, hmm, drugim domu. Tym gdzie nikt nie patrzy mi na ręce, bo i tak co drugi przykładny mieszkaniec ma rękawy po łokcie umazane we krwi. Sami swoi! - rozłożył swobodnie ręce, znowu pokazując przydługie kły w uśmiechu (jakby w ogóle przestawał to robić). Złośliwość złośliwością, ale miał silną wewnętrzną potrzebę odezwania się.
Zresztą, zwykle ją miewał.
- Nie zrobiłbyś tego - zawyrokował swobodnie, tonem sugerującym, że jest tego absolutnie pewien. A w każdym razie na pewno wyglądał, jakby był. Czyli jak zawsze. Pochylił się trochę nad stołem, w stronę Francisa, opierając łokieć na blacie i łapiąc jego spojrzenie czerwonymi tęczówkami. - Za bardzo boisz się konsekwencji.
Prześmiewcze czy puste groźby... Gilbert wybitnie lubił sugerować - czy to subtelnie, czy bardzo dobitnie - swoją możliwość i brak oporu przed ścieraniem ludziom uśmiechu z ust i lat z życia.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 11
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Lut 10, 2018 11:21 am

Na moment przez jego twarz przeszedł niezidentyfikowany cień. Trzeba przyznać, że Gilbert precyzyjnie trafił z tym stwierdzeniem, ale Francisa bardziej zaniepokoiła myśl, jakich konkretnie konsekwencji by się bał. Szybko jednak przytomnie stwierdził, że strach wobec nieśmiertelnego wampira jest jak najbardziej uzasadniony… O wiele bardziej realny niż strach o stratę kogoś, kogo zaczął uważać za „przyjaciela”. Chociaż nie omieszkał nie wykorzystać tego w rozmowie.
- Faktycznie, mon ami. Jeszcze w konsekwencji moich działań byś się obraził i sobie poszedł. To byłaby wielka strata stracić tak wyśmienitego kompana! – Dogryzali sobie bardzo często, ale blondyn umiał jeszcze taktycznie używać otwartych komplementów. Gilbert zwyczajnie je lubił i łatwo było wykorzystywać jego ułaskawioną takimi drobnostkami osobę. Zresztą, mało kogo się nie dało.
- Bien! – Machnął niedbale ręką, jakby co najmniej odganiał natrętnego sługę jeszcze za swoich młodszych lat w pałacach. – Nie chcesz, to nie mów. To i tak nie jest aż tak istotne. – powiedział lekko, wzruszając ramionami. Pomimo ciekawości wolał udawać, że ta tajemnica wcale go nie rusza. Sam miał kilka, ale o wiele gorzej znosił swoje cechy u innych.
Nie frustrując się już więcej tym tematem postanowił nieco zmienić tory pogawędki. W końcu nie widział Gilberta już jakiś czas…
- Mam tylko nadzieję, że nikt cię teraz nie ściga. Nie mam ochoty tracić tego przyjemnego lokalu, bo jedną z twoich mocy jest przyciąganie niepotrzebnych kłopotów i irytowanie nie tych, co się powinno. – Mógł być i wampirem, ale niekoniecznie wiedzieli o tym inni, gotowi pobiec za nim z pistoletami i maczetami, bo nagadał głupot. Gilbert miał znakomity talent do wkurzania innych samą swoją osobą. Niestety będąc w jego pobliżu i Francis narażał się na nieprzyjemne sytuacje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Sponsored content



PisanieTemat: Re: Bar   

Powrót do góry Go down
 
Bar
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Avengers Assemble :: Rozgrywki fabularne :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nevada :: Las Vegas :: Orlais-
Skocz do: