IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Bar

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
avatar
Sombra
Sombraro

Liczba postów : 95
Join date : 11/07/2017

PisanieTemat: Bar   Pon Lis 13, 2017 8:57 pm



Ekskluzywny bar, będący częścią kompleksu. Znajduje się na jednym z ostatnich pięter.
Po wejściu wydaje się niepozorny i mały, jednak dalej znajduje się ogromna sala, mogąca pomieścić setki osób, nie tylko przy stolikach, ale i na parkiecie. Jedna ze ścian jest w pełni przeszklona, z widokiem na miasto nocą (w dzień, bo lokal wtedy też działa, są one zasłonięte). Jeśli ktoś woli trochę prywatności, może wynająć jeden z kilku prywatnych stolików (i nawet zamówić specjalne usługi).
Całość jest ozdobiona złotymi zdobieniami, a gdzieniegdzie można znaleźć wizerunki lwów oraz ikonografię słońca. Oprócz nietypowych zdobień, zadziwić może także obsługa nosząca eleganckie maski.
Jak można się domyślić, ceny są wysokie, nawet bardzo. Przeciętny człowiek nie byłby w stanie zapłacić za najtańszą rzecz, nie wpadając zarazem w długi (już pomijając fakt, że mógłby być jakoś magicznie okradziony). Bar jednak ma się czym pochwalić i rzadko kiedy znajduje się osoba niesłysząca o ich markowym drinku Lyrium. Występuje on w dwóch odmianach: niebieskiej, czyli podstawowej oraz czerwonej, czyli ostrej, tylko dla największych śmiałków.
Wiele ludzi chce się dostać do tego baru, jednak tylko nieliczni mają wstęp, a to co tam się dzieje, pomimo rozgłosu miejsca, pozostaje owiane tajemnicą.



mess with
the best


and die like
the rest
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 19
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Sro Lis 22, 2017 1:41 pm

Francis uwielbiał otaczać się luksusem. Na szczęście mógł sobie dzięki swoim mocom i pieniądzom pozwolić na życie w dostatku. Bez trosk, bez problemów… Korzystać ze wszystkiego czego chciał bez kłopotania się jakimiś trywialnymi sprawami. Wiodło mu się nawet lepiej, niż kiedy był młodzieńcem na salonach Wersalu! Czasy się bowiem zmieniały i dawały coraz więcej możliwości… Nie był staroświecki i z chęcią korzystał z nowinek technologicznych mających ułatwić życie. Z jednego takiego korzystał właśnie teraz, kiedy przeglądał portale społecznościowe na swoim smartfonie.
Mógł wybrać każde miejsce na spędzenie tego wieczoru. W Mieście Grzechu natomiast było w czym przebierać, jeśli chodzi o ekskluzywne lokale oferujące przeróżne atrakcje dla wykwintnej klienteli. W samym Orlais jednak jeszcze nigdy nie miał okazji być, więc warto było skorzystać akurat z pobytu w Las Vegas na odwiedzenie nowych miejsc. Znał już wiele lokali, w których wiedział, że dobrze się zabawi, ale powtarzalność także nie leżała w jego naturze. Uwielbiał poznawać nowe rzeczy i kosztować życia pełną gębą. No… przynajmniej do pewnej granicy, w której nie ryzykuje życiem.
Dzięki kilku słowom, dolarom i subtelnemu dotykowi udało mu się zyskać odosobnione miejsce na sali pełnej gości. Mógł się rozsiąść wygodnie wraz z butelką wina i szklanką i pomyśleć do czasu, aż zaciągnie tu jakąś piękną nieznajomą, której zawróci w głowie, a potem wykorzysta w hotelowym apartamencie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 20
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Czw Lis 23, 2017 12:51 am

Gilbert lubił głośne otoczenie. Dobrze czuł się w szumie, wśród ludzi, tłumu, w który mógł się wmieszać. Często drażniły go cisza, spokój i bezczynność, więc gdy akurat nie wykonywał kolejnego brudnego zlecenia od Hydry, często włóczył się po klubach, barach, kasynach - gdziekolwiek, gdzie niemal zawsze tętniło życie. Nie ograniczał się do jednego miejsca w przeciwieństwie do 3/4 fabuł dziejących się na forum, a że akurat zdarzyło mu się przebywać w Las Vegas i zdążył już zlizać zmyć krew z dłoni - mógł się pojawić w jakimś przyjemnym, ładnym miejscu i trochę się komuś ponarzucać. Uwielbiał Miasto Grzechu, które swój prawdziwy urok odkrywało dopiero po zachodzie słońca, nocą, czyli podczas, oczywiście, ulubionej pory dnia Gilberta.
Orlais daleko może było do miejsca przesadnie głośnego, ale za to cieszyło się dobrą renomą i owiane było mgiełką tajemnicy, co Niemcowi stanowczo wystarczało za argument, żeby się tam wślizgnąć i chociażby rozejrzeć, skoro znalazł się w pobliżu. Wystarczył krótki kontakt wzrokowy z ochroniarzem stojącym przed wejściem i voila - już był w środku, uśmiechnięty, zadowolony z życia i promieniujący typową dla niego chęcią wykręcenia jakiegoś numeru; ale to postanowił zostawić sobie na potem - jak tylko wśród wielu innych zapachów zwęszył jeden dobrze mu znany, który aż szkoda byłoby zignorować. Nawet dla tamtej ślicznej brunetki z nogami długimi jak lufa Panthery.
Zgrabnie lawirując pomiędzy stolikami i gośćmi dostał się w pobliże miejsca docelowego. No proszę, rzeczywiście Francis. Jak zwykle wyglądał jak żywcem wyjęty z teledysku, siedząc samotnie, z butelką wina, w odosobnionym kącie zaludnionej sali. Aż się prosił, żeby mu przeszkodzić. Cała jego postawa mówiła "Gilbert, chodź tutaj, wypij za mnie to okropnie drogie wino i zaszczyć moją szarą osobę swoim towarzystwem". Jakże mógłby odmówić?
Nie sprawiło mu specjalnego problemu dostanie się do tej "strefy zamkniętej" i zakradnięcie się do Francisa od tyłu. Od czego miał moce i trochę umiejętności? Pośród panującego w barze ogólnego szumu nie musiał się nawet specjalnie skradać. Znalazłszy się zaraz za jego plecami, wyciągnął rękę i przyłożył mu przedramię (uzbrojone w drugi rękaw) do szyi, przyciągając nieco w swoją stronę, jakby chciał go udusić. Oczywiście, krzywdy mu nie zrobił, i nachylił się tylko trochę do niego, uśmiechając się pod nosem i rzucając niewinne:
- Bu.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 19
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Lis 25, 2017 1:06 pm

Francis spokojnie sączył wino rozglądając się po sali. W mroku jedynie przelotnie wyłapywał ciekawsze postacie, ale na razie nigdzie mu się nie śpieszyło. Co prawda lubił towarzystwo, ale obecnie chciał chwilę odsapnąć od całego zamieszania i szybkiego tempa. W głębi duszy był romantykiem i czasem potrzebował tej subtelnej chwili spokoju, chociaż nadal mając pewność, że gdzieś obok ktoś jest i zawsze może zmienić samotność na całkiem głośne towarzystwo. Był bardzo zmienny, dlatego szybkie przejście między jednym, a drugim nastrojem musiało być wprowadzane jak najszybciej.
Na szczęście dla Gilberta zdołał odstawić kieliszek z karmazynowym napojem na stolik, nim Niemiec brutalnie dopadł go uprzednio zakradając się cicho. Co jak co, ale wylanego trunku by nie odpuścił, a już zwłaszcza tak dobrego! A już w ogóle lepiej nie myśleć, gdyby wino rozlałoby się na jego ubranie…
Kiedy tylko poczuł na swoim gardle męskie ramie podskoczył przerażony i pisnął dziewczęco od razu łapiąc za rękę i w panice przekonując się, że agresora nie tak łatwo pokona. Na chwilę nawet zbladł i szerzej otworzył oczy. Wiele osób chciało jego śmierci… Przeważnie mężowie zdradzeni przez żony właśnie z nim. Nim jednak postanowił działać dalej wyciągając dłonie w kierunku twarzy napastnika usłyszał znajomy głos. W duchu odetchnął z ulgą.
- Kretyn. – mruknął oburzony, ale zły był chyba tylko bardziej na pokaz. Teraz już nieszczególnie tak mocno chciał się wyrwać z uścisku
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 20
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Lis 25, 2017 7:02 pm

Nie dane mu było odpocząć i odsapnąć, bo życie - a raczej w tym przypadku tak nie do końca, bo chodziło tu przecież o Gilberta - miało swoje własne plany wobec niego. Nie miał więc okazji nacieszyć się chwilą samotności, choć... towarzystwo nie trafiło mu się wcale takie złe. Relatywnie. Według samego Niemca, co w zasadzie był towarzystwem bardzo dobrym, o ile akurat nie miał w planie kogoś wysłać na tamten świat.
Jakoś nie miał w zwyczaju brać do siebie humorków Francisa, więc raczej nie przejąłby się i tym razem. Prędzej czy później święte oburzenie i tak by mu przeszło, a dla Gilberta czas nie miał specjalnego znaczenia. Szczególnie że trafił mu się towarzysz równie długowieczny co i on sam. Bardziej niebezpieczne od samego focha Francisa byłoby, gdyby próbował się zemścić i znowu wypróbować na nim hipnozę (drugiego razu by mu już nie odpuścił), ale życie-nie-życie jest znacznie ciekawsze, kiedy w grę wchodzi ryzyko. Zresztą... po prostu nie mógł się powstrzymać, żeby trochę go nie podenerwować. Miał do tego wrodzony talent i śmiało z niego korzystał.
Słysząc ten babski wrzask zaśmiał się jeszcze złośliwie i zabrał ramię z gardła Francuza, skoro i tak nie zamierzał go dusić. Lubił go straszyć i irytować - może traktował to jako drobne, ustawiczne mszczenie się, a może po prostu miał dziwne upodobania. Może oba. W każdym razie rzadko odpuszczał sobie okazję, jeśli już taka się nadarzyła.
- Ostatnim razem nazywałeś się Francis, jak dobrze pamiętam, ale dobrze wiedzieć, że zmieniłeś imię - Posłał mu jeszcze jeden uszczypliwy uśmiech i wyprostował się, powstrzymując wiecznie chodzącą za nim chęć wgryzienia mu się w szyję.
Zajął miejsce przy stoliku, najwyraźniej o zgrozo postanawiając zająć mu czas na trochę dłużej. Korzystając z okazji sięgnął po pozostawiony samemu sobie kieliszek z winem i upił trochę, stwierdzając, że jest jakby odrobinę za mało słodkie. Szkoda.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 19
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Wto Lis 28, 2017 8:17 pm

Francis nie był nieustraszonym bohaterem, który pluł w twarz niebezpieczeństwu. Cenił sobie swoje życie i nie śpieszno było mu się go pozbywać, dlatego tak nerwowo reagował na wszelkie próby zamachów na niego. Nie żeby nie miał odwagi dawać powodów do takich ataków… Ale przy ładnej kobiecie trudno myśleć racjonalnie i przejmować się konsekwencjami.
Wracając jednak do obecnej sytuacji… Francuz obstawiał, że to zarówno rodzaj mikro-zemst ze strony Niemca, jak i jego wredna natura miały swój udział w tym wykorzystywaniu sytuacji do straszenia go. Poznając lepiej Gilberta zauważył jaki to z niego okrutny śmieszek.
- Nie widzę potrzeby przedstawiania się znajomym, mon ami. Raczej widząc ich od razu wołam do nich po imieniu. – odgryzł się zręcznie i poprawił na siedzeniu przy okazji przelotnie wyprostowując niewidoczne zagniecenia na ubraniu, aby jak najmniej uwagi dać Gilbertowi. Niech cierpi przez ten chwilowy brak atencji w ramach kary za jego okropne zachowanie.
- Co za niesłychane spotkanie… Nie spodziewałem się ciebie tutaj. Co takiego robisz w Las Vegas? – spytał zaciekawiony w końcu skupiając się na niespodziewanym towarzystwie i łaskawie pozwalając opić się z odrobiny trunku. Był koneserem i o ile lubił i słodkie wina, to doceniał także i te półsłodkie lub wytrawne. Niemniej, na pewno wampirowi o wiele bardziej smakowałoby wino z ludzką krwią… Ale takich rzeczy Francis nie miał w zwyczaju zamawiać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 20
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Gru 02, 2017 11:48 pm

Dlatego tak bardzo bawiło Gilberta takie ciągłe średnio przyjemne (dla jednej ze stron) zaskakiwanie. Większość osób, którym wyciąłby taki "przyjacielski numer" w pierwszej chwili zasadziłoby mu cios łokciem, dopiero potem się zastanowiło. Z kolei Francis, szczęśliwie, najpierw krzyczał. No i zwyczajnie - reagował zabawnie, a Niemiec każdą taką sytuację uznawał za swoje małe zwycięstwo i kolejny krok do spłacenia długu z przeszłości.
Którego to długu Francis, oczywiście, nie spłaci nigdy.
- W takim razie pomylili ci się znajomi - stwierdził lekko, przejęty sytuacją mniej więcej tak, jak pewien pan z wąsem traktatem wersalskim w latach '30. Uśmiechnął się szerzej i odchylił na krześle, jak zwykle emanując tą typową, połowę społeczeństwa doprowadzającą do szału dumą, która - co pewne - w końcu go zgubi. Choć może akurat nie przy dogryzaniu powiedzmy-że-przyjacielowi. Przynajmniej nie temu.
Niemal go ubódł ten brak uwagi. Niemal, bo i tak wiedział, że Francis zaraz się odezwie (zresztą, tak w ogóle, co go obchodziła cudza uwaga?), więc mógł wytrzymać tych kilka sekund pozornego braku zainteresowania z jego strony, jednocześnie samemu będąc bardziej przejętym kieliszkiem z (nie tak dobrym jak by chciał) winem i (zdecydowanie bardzo dobrymi) nogami tamtej brunetki, jawiących mu się na horyzoncie możliwą wizją dorzucenia sobie kolejnego grzechu nieczystości do sumienia.
- Zwiedzam - rzucił, wzruszając ramionami i z powrotem podsuwając Francisowi kieliszek. Żałował, że gryzienie ludzi w miejscu publicznym nie bardzo wchodziło w grę. Jakkolwiek najedzony, nie pogardziłby jakąś dobrą krwią, skoro wino trafiło mu się nie najlepsze. - A tak poza tym to miałem tu coś do zrobienia. Sprawy, rozumiesz, służbowe.
Najczęściej znaczyło to mniej więcej tyle, że dzień później w wiadomościach powiedzą o jakimś kolejnym, nieładnym zgonie w okolicy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 19
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Gru 23, 2017 4:48 pm

Byleby tylko kiedyś Gilbert się nie przeliczył, bo Francis w obawie o własne życie może sięgnąć mu do twarzy, a wtedy będzie bardziej martwym martwym. Każdemu zdarza się gorszy czas, to i na życie Francuza będzie ktoś dybał bardziej niż zwykle, a przecież instynktu samozachowawczego wcale mu aż tak nie brakowało. W chwili realnego zagrożenia był gotów dosłownie pazurami wydrapać sobie życie. Poddanie się nie zawsze było równoznaczne z przeżyciem, więc czasem musiał uciekać. Ale żeby uciec trzeba było wpierw się uwolnić…
No, ale tym razem na szczęście skończyło się tylko na krzyku i ogólnym rozbawieniu. Bo mimo tego nieprzyjemnego żartu, to jakoś i jego bawiło to dziecinne straszenie. Było na swój sposób urocze, chociaż wredne. Ale co poradzić?
- Zdecydowanie nie. Taki kretyn jak ty, to jest jedyny w swoim rodzaju. – zapewnił go z całą powagą zostawiając w konsternacji wywołanej zarówno komplementem oryginalności, jak i obrazą ukrytą w jednym stwierdzeniu. Może gdyby Gilbert był mniej zadufany w sobie, to podczas tej rozmowy mogłaby ucierpieć tylko jego duma. Niestety obaj panowie wykazywali się całkowitą ignorancją na zaniżanie ich wartości.
- Idealne miejsce dla kogoś, kto lubi nocne życie. – W końcu byli w Las Vegas! Nawet jeśli w dzień było tu zjawiskowo piękne słońce, to jednak nocą najbardziej tętniło życie w mieście. Kasyna, kluby, domy rozpusty… Gdyby diabeł istniał, to na pewno sam osobiście założyłby to miasto na złość Bogu.
- Och… - niezbyt przejął się ewentualnym trupem, o którym jutro wspomną w lokalnych gazetach. Francis umiał wczuć się w innych, rozumieć ich ból i cierpienie, ale przeważnie ludzkie istnienie go nie obchodziło. Sam przecież nie przejmował się kosztami w przypadku własnych korzyści. A propo…
- Nadal nie powiedziałeś mi, czym tak naprawdę się zajmujesz. – mruknął blondyn zaczynając swoje marudzenie. W końcu wampiry nie bywają księgowymi, a tym bardziej księgowi nie zabijają. A jego zwyczajnie zżerała ciekawość, co takiego robi Gilbert, że służbowymi sprawami jest odbieranie ludziom życia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 20
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Sro Sty 03, 2018 10:49 pm

Ryzyko zawodowe. Czy raczej ryzyko związane z paskudnym charakterem, który przejawiał się u Gilberta choćby stanami kompletnej niedojrzałości emocjonalnej, pomimo przeżycia już niemal całego wieku. Pamiętał dokładnie, jak paskudne potrafią być umiejętności Francisa, ale ani trochę nie przeszkadzało mu to w prowokowaniu i straszeniu go przy niemal każdej nadarzającej się okazji - może po prostu lubił balansowanie na granicy śmierci... a śmierci.
Albo zostało w nim zdecydowanie za dużo z nieokrzesanego chłopca i za mało ze zdyscyplinowanego żołnierza jeśli chodziło o pokojowe relacje interpersonalne.
- Dobra, tak, wiem, jesteś mną absolutnie zachwycony, zdążyłem zauważyć. Naprawdę nie musisz się tak obnosić ze swoim uwielbieniem - podniósł dłoń do piersi i niemal skłonił się nad stołem, przekuwając oczywistą obelgę na swoją korzyść. Większość określeń, które w domyśle miały go obrazić, traktował jak komplementy. Zasadniczo... prawie wszystko tak traktował. Był prawdziwym mistrzem w przekręcaniu wszystkiego na swoją korzyść, i to z całkowitą premedytacją sprowokowania drugiej strony.
Poza tym, słów Francisa nigdy specjalnie nie brał do siebie.
- No i to w końcu Miasto Grzechu. Czuję się jak w domu - Vegas miało zdecydowanie więcej uroku nocą. Mało kto zwracał tu też uwagę na kogokolwiek innego niż on sam - jak to w większości wielkich miast - więc Gilbert mógł pogrywać jak chciał. Denerwowały go jedynie jaskrawe neony, ale przynajmniej miał pretekst do chodzenia w okularach przeciwsłonecznych. Nie, żeby w ogóle potrzebował do tego pretekstu.
Na stwierdzenie-pytanie Francisa wyciągnął się na krześle z miną zdradzającą jakiś dziwny rodzaj satysfakcji.
- Jestem akwizytorem. Bywa trochę nudno, ale nie narzekam.
Nie spieszyło mu się raczej do zdradzania faktu bycia agentem Hydry. Wtedy straciłoby to cały swój urok upiornej, krwawej tajemnicy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 19
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Pią Sty 26, 2018 6:18 pm

Nie musiał już uginać przed nikim karku jako oddany żołnierz, bo przecież teraz nikt nie miał jak go zmuszać, wywołując presje swoją wyższą pozycją. Teraz Gilbert miał moce, które stawiały go w lepszej sytuacji i ponad jakimkolwiek innym człowiekiem, a taka przewaga przyćmiewała moralne ograniczenia. I chociaż Francis nie miał takiego wachlarza zdolności, to też mocno rozbestwił się czując bezkarnym. Tylko że dla podtrzymania swojej wolności i zawód Francuz wybrał sobie luźny. Artyści zawsze byli panami sobie samymi!
W tej swobodzie jednak nie musiał uwzględniać tego, że potrzebuje krwi. Gilbert jako wampir miał to ograniczenie, poza słońcem, że posilał się krwią. A jako wybredny dzieciak pił tą ludzką, a jakoś nie każdy chciał się otwarcie swoją dzielić.. Chyba, że na CB. Gdziekolwiek więc pracował, Francis podejrzewał, że łączył przyjemne z pożytecznym jednocześnie zaspokajając swoją rządzę krwi na zabijanie samo w sobie.
- Jak w domu? Myślałem, że jesteś z Niemiec? Hmmm... Jak to... Ach! Królewiec nie brzmi, jak miasto pełne szaleńczych rozrywek. – powiedział zamyślony starając sobie przypomnieć skąd dokładnie to pochodzi przyjaciel. No, a przynajmniej udając wyrzucenie z pamięci tak małej miejscowości, która z niczego szczególnego na arenie międzynarodowej nie zasłynęła. Oczywiście było to jedynie po złośliwości dla związanego z tym miejscem Gilberta. Może i łatwo obaj zmieniali ataki w komplementy, ale to tylko wzmagało wzajemną chęć rzucania mniejszymi lub większymi uszczypliwościami.
- Hmpf! – prychnął i upił łyk wina nadal zjadany przez ciekawość. Mimo to starał się uszanować te tajemniczą aurę. Było to zbyt seksowne, aby przerywać w prosty sposób. – Gdybym tylko chciał, to i tak zmusiłbym cię do powiedzenia. – Wzruszył niedbale ramionami. Nie planował faktycznie używać swoich mocy, ale pogrozić nie zaszkodzi. W końcu obaj nie byli święci i swoje na sumieniu mieli. No, gdyby tylko tego sumienia nie zgubili gdzieś w Europie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 20
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Czw Lut 08, 2018 11:23 pm

Teoretycznie w obowiązku miał teraz uginanie karku przed Red Skullem, ale zasadniczo... wolności i swobody miał nieporównywalnie więcej niż w armii. Właściwie robił co chciał i rzeczywiście mało co go od czegokolwiek powstrzymywało - zwłaszcza, że Gilbert nie dogadywał się najlepiej z wyrzutami sumienia, które zostawił chyba w domu rodzinnym, kiedy był jeszcze dość niewinnym dzieckiem, bez broni na ramieniu albo zwierzęcego instynktu kontrolującego zmysły. Mimo wszystko jednak... był żołnierzem. Nauczyła go tego nie tylko sama służba w armii, ale jeszcze wcześniej surowe wychowanie (tresura) ojca i jego twarda ręka. Z założenia był więc idealnie wytrenowanym wojskowym psem - tylko brakowało mu smyczy, a weź tu teraz takiego złap jak zdążył już zdziczeć. I w swojej własnej opinii Gilbert jak najbardziej też był artystą: artystą zniszczenia!
W końcu najlepiej maluje się czerwoną farbą.
Francis na pewno znajdował się w sytuacji o tyle wygodniejszej, że do swoich mocy nie musiał się przy okazji przejmować wyraźnymi ograniczeniami. Gilbert nigdy nie narzekał (niespecjalnie miał to w zwyczaju), ale bycie wampirem miało też swoje minusy.
Na jego stwierdzenie sarknął i uśmiechnął się krzywo, spoglądając na niego spode łba.
- Nie mówiłem o domu jako o Königsbergu - Nigdy nie przestał używać niemieckiej nazwy. I chyba nigdy nie przestanie. - Bardziej tym, hmm, drugim domu. Tym gdzie nikt nie patrzy mi na ręce, bo i tak co drugi przykładny mieszkaniec ma rękawy po łokcie umazane we krwi. Sami swoi! - rozłożył swobodnie ręce, znowu pokazując przydługie kły w uśmiechu (jakby w ogóle przestawał to robić). Złośliwość złośliwością, ale miał silną wewnętrzną potrzebę odezwania się.
Zresztą, zwykle ją miewał.
- Nie zrobiłbyś tego - zawyrokował swobodnie, tonem sugerującym, że jest tego absolutnie pewien. A w każdym razie na pewno wyglądał, jakby był. Czyli jak zawsze. Pochylił się trochę nad stołem, w stronę Francisa, opierając łokieć na blacie i łapiąc jego spojrzenie czerwonymi tęczówkami. - Za bardzo boisz się konsekwencji.
Prześmiewcze czy puste groźby... Gilbert wybitnie lubił sugerować - czy to subtelnie, czy bardzo dobitnie - swoją możliwość i brak oporu przed ścieraniem ludziom uśmiechu z ust i lat z życia.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 19
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Lut 10, 2018 11:21 am

Na moment przez jego twarz przeszedł niezidentyfikowany cień. Trzeba przyznać, że Gilbert precyzyjnie trafił z tym stwierdzeniem, ale Francisa bardziej zaniepokoiła myśl, jakich konkretnie konsekwencji by się bał. Szybko jednak przytomnie stwierdził, że strach wobec nieśmiertelnego wampira jest jak najbardziej uzasadniony… O wiele bardziej realny niż strach o stratę kogoś, kogo zaczął uważać za „przyjaciela”. Chociaż nie omieszkał nie wykorzystać tego w rozmowie.
- Faktycznie, mon ami. Jeszcze w konsekwencji moich działań byś się obraził i sobie poszedł. To byłaby wielka strata stracić tak wyśmienitego kompana! – Dogryzali sobie bardzo często, ale blondyn umiał jeszcze taktycznie używać otwartych komplementów. Gilbert zwyczajnie je lubił i łatwo było wykorzystywać jego ułaskawioną takimi drobnostkami osobę. Zresztą, mało kogo się nie dało.
- Bien! – Machnął niedbale ręką, jakby co najmniej odganiał natrętnego sługę jeszcze za swoich młodszych lat w pałacach. – Nie chcesz, to nie mów. To i tak nie jest aż tak istotne. – powiedział lekko, wzruszając ramionami. Pomimo ciekawości wolał udawać, że ta tajemnica wcale go nie rusza. Sam miał kilka, ale o wiele gorzej znosił swoje cechy u innych.
Nie frustrując się już więcej tym tematem postanowił nieco zmienić tory pogawędki. W końcu nie widział Gilberta już jakiś czas…
- Mam tylko nadzieję, że nikt cię teraz nie ściga. Nie mam ochoty tracić tego przyjemnego lokalu, bo jedną z twoich mocy jest przyciąganie niepotrzebnych kłopotów i irytowanie nie tych, co się powinno. – Mógł być i wampirem, ale niekoniecznie wiedzieli o tym inni, gotowi pobiec za nim z pistoletami i maczetami, bo nagadał głupot. Gilbert miał znakomity talent do wkurzania innych samą swoją osobą. Niestety będąc w jego pobliżu i Francis narażał się na nieprzyjemne sytuacje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 20
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Mar 17, 2018 1:40 pm

Gilbertowi ze śmiercią było nie po drodze - i z całą pewnością, w jego opinii, nie po drodze, przynajmniej z tą śmiercią ostateczną, skoro technicznie rzecz biorąc z byciem żywym też już wcale tak wiele go nie łączyło. I choć chodziło mu bardziej o konsekwencje dla Francisa - bo za dużo wiedzieć jest czasami bardzo niezdrowo - to oczywiście konsekwencje dotknęłyby też i jego; a jakoś nie zamierzał na własne życzenie robić sobie takich problemów. Często grał losowi na nosie, ale czasami ostrożność była wskazana, a pewne rzeczy należało pominąć wymownym milczeniem. Na przykład przynależność do organizacji, która teoretycznie od lat nie istnieje i istnieć nie powinna, a ma się nieźle. To całkiem jak on!
- Już mi tak nie słódź, bo się zarumienię - machnął ręką, niby to go zbywając, ale tak naprawdę nigdy nie miał nic przeciwko komplementom. Był próżny jak cholera, choć na szczęście zwykle nie dawał się przekupić słodkimi słówkami - może czasem trochę ugłaskać. Przynajmniej nie dało się nim tak manipulować za ich pośrednictwem, zwłaszcza że dla niego komplementy były po prostu stwierdzeniem faktu.
Należy jednak zaznaczyć, że zasadniczo Gilbert i tak nie mógł się zarumienić.
- No, dla ciebie na pewno nie - rzucił jeszcze, wbijając małą szpilkę, tylko po to, żeby Francisa trochę jeszcze podrażnić. Za bardzo to było satysfakcjonujące, żeby sobie odpuścić. Poza tym, on naprawdę uszczypliwość miał już zapisaną w naturze. A może raczej... kąśliwość.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że Francis miał swoje tajemnice - bo błagam, kto ich nie miał? Choć tutaj w grę wchodziła nieco inna kategoria tajemnic, patrząc na długość i przebieg życia Francisa, ale Gilbert nauczył się wykazywać umiarkowane zainteresowanie. On miał czas. Cholernie dużo czasu. Czekał tylko, aż Francisowi coś się chlapnie. Bo chyba w końcu musiało, co?
- Dzisiaj byłem grzeczny - uspokoił go; bo faktycznie był. Choć bardziej "dyskretny" niż "grzeczny", bo tym ciężko go było nazwać. Gilbert naprawdę uwielbiał robić zamieszanie i ściągać na siebie uwagę, tak, ale były takie rzeczy, które należało załatwić po cichu. Czyli niektóre morderstwa, o. - Poza tym - no błagam, wszystkie moje kłopoty zawsze mam pod całkowitą kontrolą. A lokal mógłbyś sobie nawet znaleźć inny.
Ale jak na razie był spokój. Tak dla odmiany.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 19
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Kwi 28, 2018 9:44 am

Wampiry chociaż miały więcej wspólnego z martwymi niż żywymi, to nadal miały do stracenia chociaż te małą iskierkę tlącą się ich w ciele i napędzającą mięśnie. To tchnienie było czymś, co Gilbert ciągle mógł stracić i Francis po zastanowieniu nie mógł być zdziwiony tą wstrzemięźliwością w doborze ujawnianych informacji. Cokolwiek robi jego przyjaciel, na pewno było równie niebezpieczne, co jego kontakty z Bractwem. Bo wbrew pozorom Francis chociaż wydaje się gadatliwy i czasem powie za dużo, to tak naprawdę jest to tylko pozorem. O wiele lepiej rozluźnić się przy kimś, kto wydaje się być niegroźny i roztrzepany, ale tak naprawdę każde słowo dobiera z ogromną precyzją i nawet jeśli czasem „coś mu się wymsknie”, to jest to jedynie chęć zaciekawienia rozmówcy i przy okazji zagrywka wyciągnięcia jakiejś informacji z kogoś. No, chyba że akurat ktoś wyciąga z niego informacje siłą. Przerażony Francuz jest już mniej oszczędny w informacjach.
- Chciałbym to zobaczyć. – przyznał rozbawiony na wzmiankę o rumienieniu się wampira. Zdawał sobie sprawę jak bardzo nierealny jest to wyczyn, ale… I tak za każdym razem go to ciekawiło. Zignorował już nawet te niewielką szpilę pozostawiając temat zamkniętym. Noc była młoda i można się było zająć wieloma innymi ciekawymi rzeczami.
- Oho, to chciałbym zobaczyć jeszcze bardziej! – zadrwił z grzeczności Gilberta. Oczywiście gdyby czasem nie wykazywałby się dyskrecją, to pewnie już dawno wąchałby kwiatki od spodu, ale nie zmieniało to faktu, że dla Francisa było to naprawdę niezwykłe zachowanie. Trochę jak śnieg padający w lipcu?
Śnieg…
Poprawił się na sofie nieco przysuwając się do Gilberta i niby przypadkowo kładąc rękę na oparciu musnął palcami policzek i białe włosy wampira. Nadal były tak samo zimne i zarazem delikatne. Piękne nie tylko wizualnie, ale i w dotyku. Chociaż sam był przystojny, to nie raz zazdrościł Gilbertowi urody. Była naprawdę zjawiskowa.
- Ale ten lokal mi się podoba. – mruknął niezadowolony z opcji ewentualnego przenoszenia się i upił łyk wina skupiając się już na reszcie baru. – I proszę cię, ty nawet swoich włosów nie umiesz trzymać pod kontrolą, a co dopiero kłopotów…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 20
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Sob Maj 05, 2018 2:18 pm

Obaj mieli swoje tajemnice, choć obaj wyglądali raczej na typów, którzy niespecjalnie lubią się z utrzymywaniem jakichkolwiek tajemnic - ale pozory bywały mylące, a żaden z nich raczej nie siedziałby tu teraz, gdyby nie potrafił przynajmniej pod pewnymi względami trzymać języka za zębami. Gilbert lubił sobie czasem coś chlapnąć; z reguły z premedytacją, z podobnych względów co Francis. A równie często, jeśli nie częściej, żeby kogoś sprowokować albo przestraszyć; lubił się w ten sposób bawić z ludźmi. Kiedy ma się prawie setkę na karku trzeba sobie znaleźć jakieś zajęcie, a nic tak nie dostarcza rozrywki jak proste, niewinne manipulacje.
Czy interesowało go, co takiego z kolei porabia Francis? Oczywiście. Gilbert lubił wiedzieć, najlepiej wszystko co się da (uznawał istnienie tajemnic tylko w swoim przypadku), ale tak długo, jak Francis nie ładował się w jego sprawy, tak on nie ładował się w jego. Milczący układ; nie chodziło nawet wyłącznie o kwestię bezpieczeństwa, bardziej... świętego spokoju.
- Po moim trupie - rzucił i uśmiechnął się, pokazując kły. Był to absolutnie tragiczny, okropny żart, ale może nie należało wymagać zbyt wiele od Niemca; zresztą, Gilbert był specjalistą w takich właśnie żartach.
A żartował właściwie ze wszystkiego.
- Co, wątpisz, że potrafię być grzeczny? - przyłożył dłoń do piersi, niby to w przesadzonej urazie, ale na twarzy i tak cały czas wypisany miał ten paskudny grymas, który w jego przypadku nazywał się uśmiechem - Jestem Niemcem, Francis, dobre maniery i dyscyplinę mam we krwi - I nawet nie do końca kłamał!
Rzucił mu tylko rozbawione spojrzenie spod lekko uniesionych brwi w reakcji na ten niby przypadkowy gest. Czy mu to przeszkadzało? Niespecjalnie. Kwestia przyzwyczajenia, a nie czuł się przy nim zagrożony, tak, jak mógłby jeszcze 75 lat temu.
- Bardzo dobrze radzę sobie i z moimi włosami - Jakby na dowód przeczesał białe kosmyki palcami, na moment odgarniając je nieco do tyłu (po to by pół sekundy później wróciły na swoje miejsce) - i z problemami, dzięki za troskę.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 19
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Wto Maj 15, 2018 2:43 pm

Zawsze jest dobrze, póki ty robisz coś innym złego, ale jak robią tobie coś złego, to już jest lament. To była oczywistość, której łatwo się było nauczyć. Niektórzy tylko to jakoś rozumieli i znosili, czasami próbowali się samemu zmieniać, no a inni dziecinnie i tak nie zgadzali się na takie traktowanie. Chyba do tych oburzających się o takie traktowanie należeli obaj, ale w przypadku siebie nawzajem umieli trzymać na wodzi swoje zachowanie. Pewnie gdyby to nie był Gilbert, a jakiś inny przypadkowy znajomy, to Francis nie miałby najmniejszych oporów wykorzystać swoich mocy i kontaktów, aby jednak wyciągnąć upragnione informacje.
- Czekam więc… - ponaglił go, skrzętnie wykorzystując żart, skoro Gilbert… No już był trupem. Póki ten jednak nie umierał naprawdę, to Francis nie widział problemów samemu korzystaniu z takich żartów, nawet jeśli rzadko kiedy miał nastrój na czarny humor.
- Teraz chyba słabo ci ona płynie, mon ami… Poza tym, nie rozcieńczyłeś jej już za bardzo z najróżniejszymi krajami? – zapytał ironicznie. Nie bardzo wiedział, jak działa wampirza anatomia, a swoje domysły opierał na filmach. Nigdy jednak nie próbował nawet pytać Niemca, czy ten naprawdę błyszczy po wyjściu na słońce. I ani trochę nie wierzył w jego grzeczność, ale to było niemal oczywistością! Ale w żaden sposób nie żałował, że jego przyjaciel dyscypliną nie grzeszy.
75 lat temu ich relacja w ogóle wyglądała inaczej. Wtedy nawet Francis nie siedziałby tak rozluźniony przy w żaden sposób nie zmanipulowanym oficerze Waffen SS. I najpewniej o wiele bardziej napawałby się z bliska urodą Gilberta.
- Tak, oczywiście, widzę. – zachichotał rozbawiony tym własnym życiem włosów przyjaciela, ale od razu zakrył usta i odchrząknął, aby dystyngowanie wyjść z tego tematu. – Właściwie, znalazłeś już sobie jakąś dziewczynę? – tak, związki były zdecydowanie jednym z najbardziej ulubionych tematów Francisa. Jeśli wściubiał nosa w nieswoje sprawy, to właśnie w życie uczuciowe innych.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 20
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Nie Lip 01, 2018 1:55 pm

Hipokryzja była ewolucyjnie wpisana w ludzką krew. Czasami przejawiało się jej trochę mniej, a czasami więcej - ale to paskudztwo siedziało we wszystkich. Gilbert zasadniczo przy Francisie swoją przynajmniej po części kontrolował; nie na rękę było mu, żeby ktokolwiek w ramach odwetu zaczął węszyć w jego życiu, zwłaszcza ktoś taki jak Francis, z tymi jego paskudnymi mocami. Gilbert był po części świadom, do czego ten przebiegły Francuz jest zdolny, i mimo wszystko wolał nie ryzykować. Nie ze strachu - po prostu dla spokoju.
Gdyby mu na tym zależało, to pewnie i tak rzuciłby własną zdroworozsądkową zasadę w cholerę - ale jak do tej pory jakoś zabawnie było żyć w tej atmosferze wzajemnej tajemnicy. Ciekawiej.
- Chciałbyś - i znów ten paskudny uśmieszek; który, tak właściwie, niemal nie schodził mu z ust.
- Słabo płynie? - Prawie się oburzył. Na punkcie swojego niemieckiego pochodzenia Gilbert miał niemal obsesję. Wprawdzie taktycznie opuścił Europę jak tylko okazało się, że przegrana Hitlera jest nieunikniona... ale to wszystko w intencji zadbania o przetrwanie narodu niemieckiego! ...dobra, kogo ja próbuję oszukać. Po prostu ratował swoją własną dupę - Płynie tak samo mocno jak siedem dekad temu, i będzie płynęła tak samo za siedem kolejnych! Poza tym - niemiecka krew się nie rozcieńcza, mein Freund. To jest krew dominująca - Wydawało się, że nawet nieco się przy tym wyprostował. No, 'grzeczność' i dyscyplina rzeczywiście nieco mu się przez te lata rozcieńczyły... ale niemieckość - nigdy!
Możesz wyjść z nazizmu, ale nazizm nigdy nie wyjdzie z ciebie.
- ...Francis - pokręcił głową z pewnym rozbawieniem. Pewnie mógł się spodziewać, że Francis prędzej czy później znowu wróci do tego tematu, jak typowa ciotka w każde święta Bożego Narodzenia. - Nie, tak się składa, że nie spieszy mi się do kogokolwiek uwiązywać. Ale aż kusi zapytać, jak się to ma u ciebie.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 19
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Nie Sie 05, 2018 4:49 pm

Kiedy masz na karku już bardzo dużo lat, to jesteś gotowy pójść na wiele ustępstw chociażby dla świętego spokoju. Nawet jeśli jesteś walecznym Niemcem, który nienawidzi ograniczeń! Ale może to i lepiej dla Francisa, bo gdyby jego przyjaciel nie miał aż tak łagodnego podejścia, przynajmniej w stosunku do niego, to mogłoby się to skończyć o wiele gorzej. Francuz nie był typem wojownika i otwarta walka bynajmniej nie byłaby przyjemną dla niego rozrywką, a już tym bardziej nie taka z wampirem. Jakoś nie posiadał numeru do żadnego takiego łowcy, by w razie potrzeby pozbyć się problemu…
Odwzajemnił ten paskudny uśmieszek towarzyszący zdaniu równie nieprzyjemnym, chociaż raczej bardziej przesłodzonym uśmiechem. Och, oczywiście, że by chciał! Musiał jednak obejść się smakiem i nawet łapanie za słówka nic mu dzisiaj, teraz, nie przyniesie. Zaśmiał się więc pod nosem słysząc to oburzenie i zaraz zakrył usta starając się ukryć to rozbawienie gwałtowną postawa. Duma Gilberta, jak i jego ego, chyba nie znało granic. A nawet trochę zdenerwowany wydawał się przeuroczy!
- Mon Dieu! Planujesz przeżyć jeszcze kolejnych siedemdziesiąt lat?! – poważnie się przeraził kładąc dłoń na policzku pokazując teatralne przerażenie zasłyszaną informacją. Oczywiście w sposób sarkastyczny, co zresztą pociągnął, ale już nieco mniej manipulując mimiką. – No tak… W końcu karaluchy są w stanie przeżyć nawet wybuch bomby atomowej… - dodał zamyślony i jakby nigdy nic upił znów trochę wina. Oczywiście nie mógł się powstrzymać od i tak przelotnego podziwiania wyprostowanej sylwetki byłego żołnierza. Najwyraźniej jednak to prawda, że nigdy nie przestaje się nim być…
- Jest tyle pięknych kwiatów, ale uroda każdego przemija. Ich przeznaczeniem jest zwiędnąć, więc przywiązywanie się do jakiegokolwiek nie jest mi pisane. – powiedział melancholijnie, ale wspomnieniami wrócił do swojej jedynej, prawdziwej miłości. Straconej jeszcze zanim odkrył swoje moce odcinające go od zwykłych śmiertelników. Minęło tyle lat, ale pamiętał ją bardzo dobrze. Każdy kształt jej ciała, twarz wyrytą w pamięci niczym fotografia. Ale ilekroć próbował ją namalować, coś mu na płótnie umykało. Pogrążony myślami daleko w czasie na chwilę jakby zapomniał o obecności Gilberta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 20
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Pią Sie 10, 2018 1:51 am

Nawet najbardziej uparte i niezależne jednostki muszą się w końcu nauczyć pewnych rodzajów samodyscypliny, jeśli chcą przynajmniej częściowo mieć spokój - a na pewno kiedy żyje się na tyle długo, że spokój raz na jakiś czas jest jednak zjawiskiem dość mile widzianym. Tak więc Gilbert też pewne rzeczy musiał zaakceptować i pójść na ugodę; a w każdym razie akurat w przypadku Francisa, który też do grobu się specjalnie nie spieszył. Zawiązanie milczącego układu i porozumienia było w tym wypadku nieuniknione, kiedy miało się taką przeszłość jak ci dwaj. I tak, jak Francis nie zamierzał się wdawać w otwartą konfrontację, tak Gilbert... no, właśnie nie tyle ze strachu czy obawy, że wyjdzie na potencjalnym konflikcie gorzej, co dla własnego spokoju, trzymał nos z daleko od grzeszków Francisa. Poza tym, nawet całkiem go lubił. Oczywiście, z odpowiednią dozą ostrożności i wciąż hodowaną w tym półmartwym serduszku urazą za dawne przewinienia.
Dobrze, że nie postanowił być w tym przypadku mściwy.
Przewrócił pobłażliwie oczami na ten haniebny popis braku szacunku do narodu niemieckiego, który Francis okazał zaśmianiem się. A Gilbert mówił zupełnie poważnie! Choć nie zamierzał oczywiście brać tego do siebie, w końcu rozmowa była luźna, a Francis i tak żył we własnym świecie i błogiej nieświadomości wyższości ludności niemieckiej nad innymi. Francuzi często bywali ignorantami... ale akurat temu skłonny był to wybaczyć.
- Planuję przeżyć dłużej niż ty, żeby chociaż przez chwilę mieć od ciebie spokój. - wyznał, szczerząc się dość paskudnie na własną kąśliwą odpowiedź. To również należało potraktować dość luźno: Gilbert zamierzał po prostu 'żyć' jak najdłużej i jak na razie, bo jak do tej pory jego życie-nie-życie całkiem mu się podobało. Wampirza nieśmiertelność dawała mu dodatkowe poczucie wyższości nad innymi (o ile to w ogóle wykonalne), a to było wyjątkowo przyjemne uczucie, więc Gilbertowi się do faktycznej śmierci jakoś nie paliło... a chyba niespecjalnie zakładał, że los mógłby mieć względem niego inne plany, i odpłacić mu się trochę za wszystkie te świństwa, których dopuścił się kiedyś i dopuszcza nadal. - A porównanie do karalucha potraktuję jako komplement. - Bo przecież jakże inaczej.
Nagłe zamyślenie Francisa wzięło go z zaskoczenia. Oczywiście, Francis miał... specyficzny rodzaj zachowania, który objawiał się sporadycznym wpadaniem w poetycką melancholię, o czym Gilbert już wiedział, ale i tak nigdy nie mógł tego przewidzieć. Uniósł nieco brew, spoglądając na niego badawczo - sam był człowiekiem dość... prostym, praktycznym, a przynajmniej tak utrzymywał. Też miał swoje demony przeszłości, choć nie lubił przyznawać się do tego nawet przed samym sobą, a co dopiero w jakikolwiek sposób to okazywać.
Do pewnych rzeczy nie chciał wracać.
- Wystarczyło powiedzieć, że stałe związki nie są dla ciebie, zamiast od razu popadać w weltschmerz. - prychnął z niedelikatnym rozbawieniem, pochylając się nieco i trącając Francisa łokciem, przy okazji przypominając o swoim istnieniu. Nawet nie próbował się silić na delikatność, nie chodził w parze z poetycką wrażliwością emocjonalną, i choć ciekawiło go, dlaczego Francuz tak smętnie wzdycha, to pytanie to zachował dla siebie. Demony przeszłości trzymało się na uwięzi.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 19
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Wto Wrz 25, 2018 3:51 pm

Chociaż nie mieli problemu z odbieraniem ludziom życia, w imię chociażby własnych potrzeb, ani tym bardziej życiem niezgodnie z normami społecznymi, to nie byli do końca zdegenerowani w ignorowaniu pewnych zasad moralnych. Dla samego świętego spokoju udawali normalnych, a to chyba w ostateczności dobrze o nich świadczyło? Umieli dopasować się do ludzi na tyle, aby nie zwracać na siebie uwagi! I może żadne z nich by się do tego oficjalnie nie przyznało, ale faktycznie jakiś rodzaj przyjaźni też działał na pewne zachowanie się fair wobec drugiego z nich…
Francis niekoniecznie lubił zyskiwać wrogów, to zawsze było problematyczne i przynosiło więcej strat niż zysków. A przynajmniej nauczył się tego, kiedy się okazało, że jakiś cholerny Szwab postanowił sobie wstać z martwych jakby nigdy nic i odgryźć się za żarty dokonane na nim kilkadziesiąt lat wstecz. Ale faktycznie miał szczęście, że Gilbert nie postanowił być mściwy. Że zamiast wrogami zostali całkiem dobrymi znajomymi. A przynajmniej na tyle dobrymi, by każdy mógł wiedzieć o tym drugim więcej niż przeciętny znajomy.
Ignorant i hipokryta, bo oczywiście będąc na miejscu Gilberta, gdyby to właśnie Francja była obrażana, to nie omieszkałby strzelić bardzo spektakularnego focha za obrazę majestatu jego wspaniałego kraju! Nawet w żartach nie wolno sobie było drwić z jego narodu, a już tym bardziej najpiękniejszego miejsca na świecie, które nie miało wad. No, ewentualnie wyjątkiem było poprawienie humoru i przypodobanie się jakieś pewnej damie… Ale w innym wypadku było to absolutnie i kategorycznie zabronione! Chociaż takie „oburzanie się” raczej nie byłoby w stylu Gilberta, a walka o honor ojczyzny… Cóż, z Francisem to nie byłaby uczciwa walka.
- Niedoczekanie. – fuknął rozbawiony. Ani myślał dawać mu jakiegokolwiek spokoju od swojej olśniewającej osoby. Chociaż… Faktycznie sam nie chciał, aby Gilbert umierał. Była to w sumie jedyna osoba, która była mu tak bliska i która mogła taką pozostać na dłużej niż marne ziemskie życie.
Westchnął ciężko i przewrócił oczyma na uwagę Gilberta. No naprawdę, czasem zapominał z jak prostym człowiekiem ma do czynienia.
- Mon ami, ty w ogóle nie umiesz być głęboki! – jęknął, choć chyba nie powinien być zdziwiony czymś takim. Martwi nie mają uczuć… Znaczy, po prostu Gilbert był takim typem osoby. Był Niemcem, co chyba samo w sobie mówiło wszystko o jego wrażliwości.
- Och, rozgadałem się, a przecież chciałem cię spytać o coś ważnego. – nagle jakby sobie coś przypomniał, ale zanim to, to musiał zwilżyć gardło łykiem wina. Cokolwiek ważnego to było, to przecież nie było to AŻ TAK pilnego. – Słyszałeś może coś o ostatniej sytuacji w więzieniach Tarczy? Całe miasto o tym huczało, kiedy przestępcy wylali się na ulice… - nie oczekiwał dowiedzenia się, czy Gilbert miał coś z tym wspólnego. Pewnie nawet jeśli, to by nie powiedział, ale chciał sobie… poplotkować! Po prostu. A to, że przy okazji uważniej przyjrzał się wampirowi wyłapując jakieś ciekawe zmiany w jego zachowaniu… To na pewno taki odruch!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Gilbert Beilschmidt


Liczba postów : 20
Join date : 12/10/2017
Skąd : Z twojego mokrego snu

PisanieTemat: Re: Bar   Nie Paź 14, 2018 1:36 am

Chcąc nie chcąc musieli się dostosować. Tak do samych siebie nawzajem, jak i do całego świata w ogóle, a w każdym radzie jeśli nie chcieli zwariować - albo nieoczekiwanie znaleźć się na... nieco mniej pozytywnym gruncie relacji, która już i tak była dość niepewna i... specyficzna. Choć wciąż, mimo wszystko, pozostawała na gruncie przyjacielskim - tyle tylko że niekoniecznie w zupełnie standardowym znaczeniu tego słowa. Zresztą, w ich przypadku ciężko byłoby mówić o jakimkolwiek standardowym znaczeniu jakiejkolwiek relacji.
Gilbert wciąż momentami zastanawiał się, dlaczego tak łatwo odpuścił Francisowi winę - bo, teoretycznie, powinien się mścić, w końcu to leżało w jego naturze. Teoretycznie Francis ubódł jego dumę. A praktycznie, jak się okazało, po tych wszystkich latach wcale nie miało to tak wielkiego znaczenia - podobnie jak wiele innych rzeczy, które zdarzyły się w czasie wojny, a które Niemiec puścił w niepamięć albo zaczął postrzegać w inny sposób, z tego czy innego powodu. Sporo udziału miał w tym zresztą upływający czas, okoliczności, i sama psychika Gilberta, które zatarły wspomnienie dostatecznie mocno, by stało się tylko bladym zarysem, do którego nie warto było wracać.
Poza tym, cholera, kto w ogóle był w stanie zrozumieć Gilberta?
Może i był niekwestionowanym niemieckim patriotą, ale jednocześnie przejawiał zbyt swobodne podejście do większości spraw, by faktycznie być zmuszonym do przejęcia się obrazą dumy jego kraju - zwłaszcza kiedy obraza ta padała z usta Francisa. Którego naprawdę lubił, tylko... niekoniecznie zawsze brał na poważnie, pewne rzeczy wpuszczając jednym, a wypuszczając drugim uchem. Zresztą, jak w każdym innym przypadku. Z tą różnicą, Francisa przynajmniej słuchał.
- Diabli swego nie biorą, Francis, z czego wniosek, że będę żył wiecznie. A to mi daje już podwójną gwarancję nieśmiertelności - wyprężył się z dumą, zadowolony z własnej uwagi - Jesteś na przegranej pozycji. Chyba że nauczysz się biegać jeszcze szybciej.
Nie był to może żart najwyższych lotów, ale Gilbert wątpił, by kiedykolwiek przestał go bawić. Zwłaszcza że zwyczajowo działał Francisowi na nerwy, co było podwójnie zabawne, kiedy czerpało się przyjemność z drażnienia innych ludzi. Zwłaszcza tych, których się lubiło.
- Jestem pragmatykiem - stwierdził krótko, kwitując swój rzekomy brak głębi nieprzejętym wzruszeniem ramion - Zamiast bawić się w "Cierpienia młodego Wertera" w wersji francuskiej też mógłbyś spróbować, może trochę zdrowiej byś na tym wyszedł. I nie wzdychał w samotności do kieliszka wina, jak mnie akurat nie ma - Ani trochę nie liczył, że Francis jakkolwiek weźmie sobie tę uwagę do serca. Podczas gdy Gilbert był zdecydowanym człowiekiem czynu, Francis to już ewidentnie niespełniona dusza romantyzmu. Przypadek absolutnie beznadziejny i nieuleczalny. Przy czym na szczęście znośny. Stosunkowo.
Uniósł brew w niemym pytaniu, kiedy Francis zadał swoje, już węsząc jakiś mniej lub bardziej sprytny podstęp z jego strony. Francis potrafił być... ciekawski. Zresztą, Gilbert też, tylko zwykle trochę mniej się z tym ukrywał.
- Słyszałem, że ktoś w TARCZY mocno spieprzył sprawę, a zdemoralizowane bydło rozbiegło się po mieście i narobiło syfu - skwitował, bo nawet jeśli wiedział coś więcej, to oczywiście nie zamierzał się tym dzielić. Nie mógłby! Francis mógł wyczytać z niego co najwyżej rozbrajające nieprzejęcie, a na upartego to może nawet lekko złośliwe "próbuj dalej" - Nie wiem, jak do tego doszło, ale ciekawie się na to patrzy.
Niektórzy ludzie po prostu lubią patrzeć jak świat płonie. Gilbert był jednym z tych ludzi.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Francis Bonnefoy


Liczba postów : 19
Join date : 14/10/2017

PisanieTemat: Re: Bar   Pią Lis 23, 2018 10:37 am

W ich przypadku trudno było mówić o czymkolwiek standardowym! Byli bardzo ekstrawaganccy i oryginalni na każdej płaszczyźnie, zaczynając zresztą od tego, że żyli o wiele dłużej od innych, a to niosło za sobą zupełnie różne spojrzenie na świat od pozostałych śmiertelników. Ale dla nich obu bycie takim samym jak inni było nudne i może nawet trochę uwłaczające? Byli w końcu lepsi i nawet jeśli pojęcie nadczłowieka Hitlera czy Nietzschego nie do końca przemawiało do Francisa, to na pewno czuł się na swój sposób właśnie kimś ponad innymi. Nie tylko ze względu na swoje moce…
Choć to moce pozwalały im się jednak dogadywać. Francis mógł przecież sobie odpuścić znajomość z Gilbertem. Choćby dla własnego bezpieczeństwa nie ryzykując jego zemsty, ale łączyła ich specyficzna rzecz, a mianowicie obaj byli niemal nieśmiertelni. Żyli długo i młodo, w przeciwieństwie do otaczających ich ludzi. Gdzie poza Tosiem szukać drugiej takiej osoby, która rozumie niekiedy brzemię wiecznej młodości? Z którą będzie można nawet w milczeniu poczuć więź trochę samotnego życia, bo nim się z kimś innym rozwinie przyjaźń, ten ktoś już będzie musiał odejść. Co prawda obaj mogli sobie zrobić kogoś do towarzystwa, ale nie było to to samo. Więc korzystali ze swojego własnego towarzystwa, jako stały element ich życia. Przynajmniej Francis…
- Biegam wystarczająco szybko, aby prześcignąć śmierć. – przedrzeźnił go faktycznie odrobinę irytując się na ten jakże stereotypowy żart, ale pozwolił sobie na podłapanie go tylko i wyłącznie dlatego, bo nadal uważał go jedynie za stereotypowy, a nie odniesiony do niego samego, no i że rozmawiał z Gilbertem. Będącym… swego rodzaju przyjacielem, a zarazem osobą i tak drwiącą z tego. - Więc chyba te podwójne dożywocie spędzisz i tak ze mną. – wzruszył niedbale ramionami.
Zacmokał na ten argument od razu go odrzucając, jak zresztą ten się już domyślał. Może i takie zdrowo rozsądkowe, jakkolwiek śmiesznie brzmiało to w zestawieniu z tym wampirem, myślenie miało swoje zalety, to jemu wcale nie przeszkadzała jego wrażliwa dusza romantyka. Czasami melancholia i sentymentalizm były ciężkie, depresyjne wręcz, ale nigdy nie umiałby stać się sztywny i myśleć wyznaczonymi przez rzeczywistość ramami praktyczności.
- Mon ami, jestem artystą! Takie rzeczy są częścią mnie. – odpowiedział krótko potwierdzając, że za nic nie ma zamiaru się zmienić. Zresztą, nie żeby kiedykolwiek miał zamiar się zmieniać, bo zbytnio podobała mu się jego obecna osoba, a każda zmiana wymagała ciężkiej pracy i samozaparcia, którego brakowało Francuzowi.
- Naprawdę? Nie boisz się, że jeden z tych cudaków może ci wejść w drogę? – kontynuował swoje wypytywanie w bardzo subtelny, jak na niego, sposób, jednocześnie po prostu podtrzymując konwersacje. Znów upił wina delektując się słodkim bukietem, ale ciągle doszukując się jakichkolwiek mikrogestów w twarzy rozmówcy. Szkoda, że wampiry były tak sztywne, że mimika była u nich bardzo upośledzona i nie zdradzała prawie niczego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Sponsored content



PisanieTemat: Re: Bar   

Powrót do góry Go down
 
Bar
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Avengers Assemble :: Rozgrywki fabularne :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nevada :: Las Vegas :: Orlais-
Skocz do: