IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 [2013] Bronx, Nowy Jork

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
avatar
Antonio Fernandez


Liczba postów : 27
Join date : 24/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Czw Cze 14, 2018 3:02 am

Przyglądał się reakcjom dziewczyny z wyraźnym rozbawieniem. Uwielbiał obserwować, w jaki sposób ludzie podchodzą do tego, co potrafi. Oczywiście dużo większe wrażenie sprawiał, gdy w czasie walki leczył się nagle z przed chwilą zadanych ran, przerażając w ten sposób swoich przeciwników i sugerując im, że nieważne, co zrobią, i tak są skazani na porażkę. Jednak ten rodzaj zdziwienia, który malował się teraz na twarzy blondynki, był całkiem innej natury. Nie patrzyła na niego jak na potwora czy wybryk natury, dla niej w tym momencie był ratunkiem. Jego moce mogły ją przerażać, ale równocześnie dawały nadzieję, sprawiały, że niemożliwe stawało się prawdą, budziły pewnie także respekt i szacunek. To wszystko mile łechtało Tośkowe ego, stanowiąc część zapłaty za jego pomoc.
Kim? – Zaśmiał się pod nosem. – To zależy tylko od ciebie, chiquita.
Nagła zmiana zachowania dziewczyny wyraźnie zaciekawiła mężczyznę. Nim zdążył wywołać u niej niepowstrzymaną senność, ta zaczęła się wyrywać, odpychać go, resztką sił walczyła, w jej mniemaniu najwyraźniej, o życie. Rozbawiło to Antonia tym bardziej, jako że wyjątkowo używał swoich mocy, by faktycznie pomóc, nie zabić. Poza tym… ten opór w pewien sposób go rozczulił. Dziewczyna walczyła z siłą małego kociaka i choć nie miała szans, to sama jej postawa naprawdę mu się spodobała. Lubił kobiety z charakterem. Zaraz jednak blondynka osunęła się bezwolnie wprost w jego ramiona, nieświadoma otaczającej jej rzeczywistości. Głęboki, spokojny sen zawładnął nią i nie miał zamiaru odpuścić przez najbliższych kilkanaście godzin… lub póki sam Tonio go nie odgoni.
Mężczyzna poprawił sobie swoją znajdkę w ramionach, po czym wstał wraz z nią, wzdychając lekko i uśmiechając się pod nosem. Rozejrzał się po okolicy, jednak nie było niczego, co by rzucało się w oczy. Ani żadnego gapia, ani wycelowanej w nich spluwy. No, wróżyło to całkiem dobrze! Co prawda pozostawały ślady krwi wokół, które przypominały o obecności dziewczyny w tym miejscu, jak i odbite w śniegu jego własne kroki, jednak na ich szczęście na nowo zaczęło prószyć. Hiszpan uniósł spojrzenie, patrząc na gęste, szare chmury, kłębiące się nad ich głowami, z których spadały brudne płatki śniegu. Nie lubił ani takiej pogody, ani tego nieba. Mimo to… ten wieczór nie był tak nudny i nieprzyjemny, jak się z początku wydawał. Pocieszony tą myślą, ruszył w kierunku swojego mieszkania.
Droga nie była ani długa, ani kłopotliwa. To nie była okolica, gdzie ktokolwiek mieszał się w nie swoje sprawy, a Hiszpan już dobrze wiedział, którędy najlepiej chodzić. Wbrew pierwszemu wrażeniu, potrafił nie rzucać się oczy, gdy była taka potrzeba. Nie minął więc kwadrans, jak Tonio z pewnym trudem otworzył drzwi do obskurnej klatki, by wnieść zaraz dziewczynę po schodach do góry. Podobnie jak na ulicy, tak i tu nikt go nie zaczepiał ani nawet nie wyściubiał nosa ze swojego mieszkania, dzięki czemu w końcu udało mu się dotrzeć do własnego. Zamknął za sobą drzwi nogą, po czym zaniósł dziewczynę do salonu i położył na wyraźnie sponiewieranej kanapie. Przeciągnął się od razu, nie odczuwając jednak prawie w żadnym stopniu niesienia jej, w końcu była naprawdę lekka!, po czym kucnął obok, by przyjrzeć się dziewczynie ponownie. Machinalnie odgarnął kosmyk włosów, który przykleił się do jej spoconego z wysiłku czoła. Była… zwyczajnie urocza. A równocześnie czuł, że za jej śliczną buźką kryje się prawdziwy charakterek.
Nie umieraj, ¿sí? Szkoda by było.
Mimo wszystko wiedział, że jej życie leżało teraz w jego rękach. Skoro zaś tak… trzeba było w końcu wziąć się do roboty. Hiszpan ponownie westchnął i się podniósł, by udać się na chwilę do kuchni. Skoro czekało go trochę pracy, trzeba była uzupełnić nieco energii. Już i tak trochę odczuwał zasklepienie tamtej rany. Ech, leczenie innych było tak kłopotliwe! Ale w tym przypadku miał ochotę się pomęczyć. Kto wie, może mu się to kiedyś wróci?
Wrócił więc do salonu, by w końcu porządnie zająć się swoją “pacjentką”, pełen sił i entuzjamu. Przysiadł się wygodnie obok dziewczyny (i tak nie zajmowała wiele miejsca), po czym zaczął sunąć dłonią po jej ranach, zasklepiając każdą po kolei, a także zajmując się tym, czego nie było widać. Przymknął oczy, by lepiej się skupić i wyczuć, gdzie są konkretne uszkodzenia. Zajęło to… długo. Nie można też powiedzieć, że Tonio zajął się wszystkim w takim stanie, w jakim by mógł. Leczenie było mimo wszystko męczące, a trochę do leczenia było, więc zamiast regenerować ciało blondynki w stu procentach, pozwalał sobie zostawić jej blizny, czasem nawet strupy. Cóż, najwyżej potem się tym zajmie! Teraz najważniejsze było, by doprowadzić ją do stanu, używalności, prawda?
Gdy w końcu zrobił wszystko, co miał w zamiarze, zsunął się na podłogę, by oprzeć się o kanapę, a równocześnie nie przeszkadzać “znajdce” w odpoczynku. Parsknął do swoich myśli, stwierdzając, że to brzmi, jakby mówił o kociaku. W sumie… w pewnym sensie to też by pasowało.
Przekręcił zaraz głowę, by zerknąć na nią. W jego głowie pojawiało się wiele myśli na temat tego, czemu skończyła w takim stanie, skąd się wzięła za tym śmietnikiem i kim w ogóle jest. Ciekawiła go, intrygowała. A skoro była już prawie zdrowa… może nadszedł czas na rozmowę? Co prawda sam obecnie potrzebował sporej ilości snu i jedzenia, jednak nie mógł się powstrzymać, by nie spróbować teraz, zaraz. Kiedy czegoś chciał, nie potrafił być ani trochę cierpliwy. Poza tym… to nie byłoby zbyt dobrze, gdyby obudziła się, kiedy on by spał, prawda? A w śpiączkę nie chciał ją wprowadzać. W każdym razie, nie zastanawiając się dłużej, sięgnął dłonią do jej dłoni, by w końcu wyprowadzić dziewczynę z tego głębokiego snu i pozwolić jej przekonać się, że życie po raz kolejny się o nią upomniało.  



chiquita - hiszp. maleńka
sí - hiszp. tak
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Pon Cze 18, 2018 1:14 pm

Z błogiego snu wybudził ją dotyk, ktoś lub coś złapało dziewczynę za rękę. Chciała odsunąć dłoń i  spać dalej, ale była zbyt rozleniwiona,by w ogóle się ruszyć, więc próbowała to ignorować. Przez chwilę całkiem nieźle jej to wychodziło, lecz z jakiegoś powodu nie mogła zasnąć. W końcu poddała się i rozchyliła lekko powieki, nie spodziewała się takiego widoku jaki ukazał się jej oczom. Przed nią siedział anioł. Cholernie przystojny anioł. Największe wrażenie zrobiły na niej jego oczy, zielone, żywe, piękne. I to spojrzenie, przenikliwe, głębokie, takie któremu nie potrafiła się oprzeć. Uśmiechnęła się lekko do Anioła i ścisnęła jego dłoń.
Już miała zamknąć oczy, zasnąć, gdy poczuła charakterystyczny, metaliczny zapach krwi. Ów zapach wyrwał dziewczynę z tego dziwnego stanu, przypomniała sobie spotkanie z Gabrielem, walkę w barze i jak spotkała swojego anioła. Wyszarpnęła dłoń z jego uścisku, musiała się jak najszybciej wydostać. Promyczek uśpił jej instynkt samozachowawczy, pozbawił ją wyuczonych odruchów, Ave nie miała pojęcia w jaki sposób to zrobił, ale udało mu się dezaktywować jej system obronny. Niewiele rozumiała z całej tej sytuacji, wiedziała natomiast, że musi wziąć się w garść i zacząć walczyć albo może to się skończyć bardzo źle. Chciała zmaterializować nóż, przyłożyć go Aniołowi do gardła i zmusić do uwolnienia jej, jednak wciąż była osłabiona i nie wyszło jak planowała. Dziewczynie wróciły zawroty głowy, zasłabła, nóż, który nie był jeszcze w całości, popękał i rozsypał w drobne kawałki, a Ave, zamiast poderwać się z kanapy do pozycji stojącej, runęła wprost na swojego Anioła. Gorączkowo próbowała wyplątać swoje ciało i jak najszybciej oddalić od chłopaka, bo pamiętała w jaki sposób uśpił ją w zaułku. Nie wiedziała na jakiej zasadzie działała jego moc, czy potrzebował kontaktu fizycznego czy nie, ale czułaby się pewniej stojąc w odległości. W końcu udało jej się wstać, postawiła kilka chwiejnych kroków zwiększając dystans między nimi, była zupełnie bezbronna, więc przywołała jedną ze swoich ulubionych broni, chcąc mieć jakiekolwiek szanse gdyby doszło do starcia. Straciła dużo krwi i była bardzo osłabiona, więc miecz, o którym mowa, nie zmaterializował się całkowicie, miał fizyczną postać, ale jego brzegi zaczęły kruszeć i odpadać na podłogę.
Nie mam na to czasu, muszę uciekać. Najemnik z baru może pojawić się w każdej, a z takimi ranami… chwila moment. Rany, jestem ciężko ranna, dlaczego nic mnie nie boli? Promyczek przyniósł mnie tu, uśmierzył ból, zamiast po prostu zabić i odebrać nagrodę? Jej serce zabiło mocniej, gdy przypomniała sobie, jak chłopak sprawił, że rana na ramieniu zasklepiła się w kilka chwil. Spojrzała na swoje ręce i zrobiło jej się słabo, mało brakowała a padłaby z wrażenia. Były całkowicie zdrowie, żadnych zadrapań czy siniaków, zostało jedynie kilka blizn i niegroźnych stupków, żebro też nie bolało, mogła swobodnie się poruszać. Wlepiła w chłopaka zaskoczony wzrok, miecz wyślizgnął się jej z rąk, upadł na podłogę i roztrzaskał na drobne kryształy, które po chwili zniknęły. Stała tak dłuższą chwilę, próbując opanować rozszalałe serce. Averith nie należała do grona geniuszy, ale była inteligentna i nie miewała problemów z kojarzeniem faktów czy wyciąganiem wniosków, jednak w tamtej chwili, myślenie przychodziło z trudem, więc dopiero stojąc w mieszkaniu, którego nie znała, zrozumiała, że Anioł wcale nie próbował jej zabić. Prawdopodobnie nie współpracował też z Gabrielem.
Zrobiła jeszcze kilka kroków w tył, aż natrafiła plecami na ścianę, po której zsunęła się i ukryła twarz w dłoniach. Po chwili uniosła głowę.
- Dlaczego? - powiedziała cicho, nie wiedziała czy chłopak w ogóle ją usłyszał. Po chwili dodała głośniej: - Nie szukałeś mnie dla nagrody, prawda? Nie pomagasz mu.
Wiedziała, że to co mówi może wydać się bezsensownym bełkotem, ale nic lepszego nie przyszło jej do głowy. Może wypadałoby podziękować, ale postanowiła nie robić tego przed poznaniem motywów chłopaka.
Wciąż miała na sobie tę samą brudną od krwi i przemoczoną bluzę, przez którą było jej zimno. Usiadła po turecku, zdjęła wkurzające ubranie, rzuciła na podłogę obok siebie, po czym oparła głowę o ścianę. Spojrzała w górę i zobaczyła ślad krwi na murze. Skrzywiła się wymownie, bo plama, niewątpliwie była jej sprawką. Brawo Ave. Uratował ci życie, a ty psujesz mu mieszkanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Antonio Fernandez


Liczba postów : 27
Join date : 24/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Czw Lip 05, 2018 2:22 am

Uśmiech. Blady, delikatny, piękny. Przez którą chwilę cała uwaga Tonia skupiła się na nim, zaś jego dłoń mimowolnie odwzajemniła lekki uścisk dziewczyny. Z początku blondynka po prostu go zaciekawiła, była też ciekawym oderwaniem od zimowej chandry. Hiszpan miał w zwyczaju robić rzeczy nieprzemyślane, pozbawione sensu czy głębszego znaczenia. Czasem wynikały z tego kłopoty, ale zdarzało się, że dobra passa mu sprzyjała i ryzyko się opłacało. Miał nadzieję, że skoro w tej historii grał ratującego życie anioła, to może potem jakoś mu się to zwróci. Nie sądził jednak, że sytuacja się odmieni i sam zostanie usidlony. Przez ten jeden uśmiech.
Nagle jednak cała sytuacja nabrała dynamiki i wiele rzeczy wydarzyło się w naprawdę krótkim czasie. Najwyraźniej w małej znajdce obudził się instynkt przetrwania, ten sam, który kazał jej bronić przed Hiszpanem, gdy ten próbował jej pomóc w obskurnej uliczce. Nim Antonio się obejrzał, dziewczyna wylądowała na nim, a wokół rozsypał się diamentowy pył, który jeszcze chwilę temu próbował przybrać w dłoni blondynki jakiś… kształt. No, patrząc na jej zamiary, zapewne miała to być jakaś broń. Ostatecznie jednak ona znów była bezbronna, a Hiszpan uśmiechnięty i niezmiennie zaciekawiony. No, ciekawy przypadek mu się trafił!
Nie robił na razie nic, pozwalając rozwinąć się sytuacji. Zastanawiał się, co będzie chciała zrobić. Zaatakuje go? Ucieknie? A może w końcu zwróci uwagę na swój stan? Chociaż nawet po tym jej reakcja mogłaby być różna. Tonio pamiętał przypadki ludzi, którzy gotowi byli pozbyć się części ciała wyleczonych przez niego, uznając jego moce za szatańskie, a odratowane kończyny za przeklęte.
Gdy dziewczyna w końcu się zerwała i cofnęła parę kroków, Tonio również nie pozostał w pozycji leżącej. Podniósł się z podłogi, siadł po turecku i przyjrzał swojej bojowo nastawionej nowej podopiecznej, o ile ta nazwa faktycznie była w tej chwili trafna. Szybko jednak jego spojrzenie przeniosło się na miecz, który trzymała w rękach, a raczej na coś, co próbowało się we wspomniany miecz uformować. Aż oczy mu zabłysły wyraźnym zainteresowaniem i pozytywnym zaskoczeniem, szybko jednak wrócił wzrokiem na dziewczynę.
Schowaj swoje pazurki, gaticita – powiedział, wyraźnie nieprzejęty tym, że ta mu grozi. Chyba po prostu nie widział w niej zagrożenie, co pewnie musiało nieco godzić w dumę najemniczki lub uświadomić ją, że faktycznie nie ma do czynienia z pierwszym lepszym kolesiem z Bronxu. No, pomijając fakt, że przeciętny mieszkaniec tej dzielnicy różnił się nieco od porządnego obywatela.
Najwyraźniej jednak dziewczyna miała teraz co innego na głowie, bo chyba w końcu zauważyła swój stan. Podczas gdy ona próbowała zrozumieć, co właściwie się stało, Tonio w końcu ruszył swój hiszpański tyłek i podszedł do niej, by ostatecznie kucnąć naprzeciwko, wyjątkowo zachowując odległość dającą jako takie poczucie przestrzeni osobistej.
Jeśli mówisz o tym kimś, kto cię tak urządził, to spokojnie, nawet nie wiem kogo masz na myśli – rzucił luźno i zupełnie szczerze. W jego głosie nie było słychać nawet krztyny fałszu. Można było nawet odnieść wrażenie, że kłamstwo mu zwyczajnie nie pasuje. – I o żadnej nagrodzie też nic nie wiem. Ale nie jestem tak zdesperowany, by jak pies z wywieszonym językiem lecieć z twoją śliczną główką po kasę~ Poza tym wtedy raczej nie miałbym cię po co teraz budzić, ¿sí?
Jego prostolinijność była aż dziwna i wyraźnie kontrastowała z sytuacją, jak i miejscem zamieszkania. Jakby to wszystko zupełnie do siebie nie pasowało lub jakby za tym uśmiechem kryło się coś jeszcze. Chociaż… nie wyglądało na to, by były to złe intencje.
I wiesz… mnie samemu trudno powiedzieć dlaczego. Nie jestem jakimś samarytaninem czy coś. – Parsknął, drapiąc się po głowie i mierzwiąc przy tym włosy. – Możesz to uznać za taki kaprys, jeśli ci to wystarczy. A jeśli nie, to mogę wymyślić uroczą i romantyczną historyjkę~ Jestem w tym całkiem dobry!



gaticita - hiszp. koteczka
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Sro Lip 18, 2018 10:50 pm

Zachowywał się jakby patrzył na pięciolatkę, która robi groźną minę, i jest równie niebezpieczna co mały kotek. To zabolało bardziej niż którakolwiek z ran. Miała wrażenie, że Anioł z niej kpił, a to podziałało na dziewczynę jak płachta na byka, może w tamtej chwili miał nad nią przewagę, bo słaniała się z wycieńczenia, ale nie zamierzała puścić tego płazem. Stojąc na drżących nogach, umazana krwią, swoją i Gabriela, zacisnęła zęby i uniosła dumnie głowę.
- Zamknij się - wysyczała. - Nie masz prawa mi rozkazywać.
Jego postawa nie robiła na niej żadnego wrażenia. Widziała już wielu pewnych siebie, bezczelnych mężczyzn, którzy ją lekceważyli, uważali za słabiutką i niewartą uwagi. A później błagali o litość, Anioł niczym się od nich nie różnił. Prawdopodobnie przywlókł ją ze sobą, bo uznał, że jest damą w opałach, która potrzebuje rycerza. Dziewczyna czuła rosnące osłabienie i gdyby teraz przyszło jej walczyć stanowiłoby to nie lada wyzwanie. Na szczęście Anioł nie pałał chęcią mordu, więc raczej nie było powodu do obaw. Obiecała sobie jednak, że pewnego dnia zetrze mu z twarzy tę zarozumiałą, wszechwiedzącą minę.
Gdy się do niej zbliżał, Ave uważnie śledziła jego ruchy, mimo wszystko wciąż nie potrafiła zaufać chłopakowi. Istniała szansa, że widok miecza wycelowanego w własną głowę, był dla Anioła wystarczająco jasną aluzją, ponieważ nie podszedł zbyt blisko, zachowując dystans. Jego słowa wydawały się szczere, ale gdzieś tam pozostawał cień niepewności. Averith spotkała wielu utalentowanych kłamców w swoim życiu, to co mówili też brzmiało jak najszczersza prawda, a było tylko pięknym oszustwem.
- Pewnie nie byłoby tych pieniędzy za wiele - to nie tak, że próbowała ratować własną skórę, po prostu wątpiła by ktoś wyłożył dużą sumę za jej głowę. - Nie mam pojęcia, ale ludzie miewają różne fetysze. Może jesteś mordercą, który lubi pogawędzić ze swoimi ofiarami, uleczyć a później torturować i zabijać przez tysiąc cięć?
Przymknęła powieki, opierając głowę o brudną od krwi ścianę. Była cholernie zmęczona ciągłym uciekaniem i panicznym spoglądaniem za siebie, Aniołowi nadal nie ufała, ale nie miała już siły walczyć.
Niech się dzieje co chce. Jeśli teraz mnie zabije - trudno.
Siedząc w obcym domu, z nieznanym mężczyzną czuła się zupełnie sama. Nigdy wcześniej jej to nie przeszkadzało. Zwykła powtarzać, że przecież całe życie spędziła w samotności, ale dopiero teraz zrozumiała jak bardzo się myliła. Najpierw miała matkę, a później zajmował się nią klan. Zawsze mogła liczyć na pomoc w takich sytuacjach. Gdy ostatnio była bliska śmierci, opiekowała się nią grupa lekarzy, którzy walczyli o jej życie, nawet po tym jak sama przestała. A teraz? Gdyby Anioł nie przechodził koło tego śmietnika, prawdopodobnie byłaby już trupem. Nie miała nikogo, na własne życzenie. Odtrąciła wszystkich, wymordowała własnych ludzi i odsunęła się od resztek przyjaciół. Nie pozostał nikt, do kogo mogła się zwrócić po pomoc. Poczuła, że w oczach zbierają jej się łzy, więc nakryła twarz dłońmi. Siedziała na tej cholernej podłodze, zmęczona i zmarznięta. Nim odejdzie, będzie zmuszona zabić Anioła, bo pokazała mu zbyt wiele swoich słabości. Potrzebowała chwili by wziąć się w garść, po czym opuściła ręce.
- Opowiedz mi jakąś ładną i ckliwą romantyczną historię - powiedziała, uśmiechając się blado. - I daj mi jakąś bluzę albo koc. Zimno tu jak cholera - to był rozkaz, chodź wypowiedziany drżącym od płaczu głosem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Antonio Fernandez


Liczba postów : 27
Join date : 24/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Sob Sie 18, 2018 6:40 pm

Jego zachowanie mogło być różnie postrzegane, a Antonio nawet po tylu latach nie nauczył się, w jaki sposób to działa. Nigdy nie zaprzątał sobie głowy tym, co myśleli o nim ludzie. Dla mężczyzny istniała tylko jedna wersja rzeczywistości - jego własna - co nieraz rodziło konflikty i nieporozumienia. No, przynajmniej się już przyzwyczaił, że nieraz musi tłumaczyć, co w ogóle miał na myśli.  
W każdym razie, wbrew odczuciom Znajdki, Tonio nie miał zamiaru z niej kpić, a już tym bardziej klasyfikować jako słabą i niestanowiącą żadnego zagrożenia. Musiała być silna, skoro do tej pory przeżyła i wciąż o to życie walczyła, pomimo swojego wątpliwego stanu. To właśnie był jeden z powodów, dla którego w ogóle się nią zainteresował. A że jego instynkt samozachowawczy zwyczajnie nie istniał, to już inna sprawa. Skarbie, tu chodzi o mnie, nie o ciebie!
Ja nie rozkazuję, ja tylko sugeruję. – Uniósł ręce, jakby się poddawał, choć jego postawa wciąż pozostawała ta sama. Chociaż mimo wszystko nie chciał jej do siebie zrazić. Skoro już go zainteresowała, miał ochotę przyczepić się do niej niczym rzep i poznać ją lepiej. A to zdecydowanie byłoby prostsze w momencie, gdy ta nie będzie pałała do niego chęcią mordu. Na razie szło mu chyba nie najgorzej! Uratowanie dziewczynie życia na pewno się do tego w jakiś sposób przyczyniło, nawet Tonio kojarzył, że w taki sposób to działa. Ba, nawet nie naruszał jej przestrzeni osobistej, co było w jego przypadku wręcz nietypowe.
Hmmm, tak faktycznie mogłoby być. Brzmi nawet zabawnie! Chociaż… trochę nudno. Dużo ciekawsze jest, gdy przeciwnik może oddać. Bez ryzyka nie ma zabawy~ I nie bardzo rozumiem po co leczyć kogoś, kogo się zraniło. W sensie… rani się kogoś, by był ranny, prawda? – Zapytał tonem, jakby szczerze zastanawiał się nad tą problematyką. Oparł podbródek o dłoń, wpatrując się wciąż w dziewczynę.
Nie chciał odrywać od niej błędu wzroku. Fascynowała go, pociągała, ekscytowała… a nawet nie znał jej imienia.
Bien – powiedział, odwzajemniając uśmiech, przy czym ten jego był zadziwiająco ciepły. Kontrastowało to z całą sytuacją, jednak wyjątkowo pasowało do Antonia. Już miał zacząć mówić, gdy Znajdka dorzuciła jeszcze jeden komentarz.
Zimno ci? – spytał, po czym odruchowo wyciągnął w jej stronę rękę i dotknął dłoni blondynki. W tym momencie od serca rozlało się po ciele dziewczyny przyjemne ciepło. – Teraz lepiej?
Nie czekając na odpowiedź, zaczął się zastanawiać nad potencjalną historią. Nie spodziewał się, że faktycznie będzie musiał cokolwiek opowiadać, rzucił tę propozycję żartem, no ale… w pewien sposób się zobowiązał! Dlatego teraz zamierzał dotrzymać "obietnicy". Szczególnie że Znajdka wyglądała, jakby naprawdę potrzebowała tej historyjki.
Hm… W takim razie… Był sobie mężczyzna. Bardzo samotny mężczyzna. Żył z dnia na dzień, bawiąc się na swój sposób i szukając kogoś podobnego, kto mógłby mu towarzyszyć. Bo wiesz, mało kto go rozumiał i ludzie bali się go. On sam nie wiedział czemu, ale tak już po prostu było. Przyzwyczaił się do tego i po prostu szukał dalej. Ale lata mijały, a on dalej był samotny. Jednak pewnej zimnej nocy znalazł coś ciekawego. A raczej kogoś. Dziewczynę, która na pierwszy rzut oka wydawała się słaba i delikatna, ale widać było w niej siłę. Kurczowo trzymała się życia, nawet na granicy śmierci. Walczyła, nawet jak teoretycznie już nie miała szans. Zaimponowało to mężczyźnie i zaciekawiło. Lubił silne charaktery, kobiety o gorącej krwi. Postanowił więc jej pomóc, by zobaczyć, co z tego wyniknie. Szczególnie że… to była naprawdę piękna kobieta. I choć drobna i niepozorna, to pełna ognia, pachnąca krwią i niebezpieczeństwem. Aż miało się wrażenie, że samo przebywanie z nią niesie ze sobą ryzyko, co jeszcze bardziej pociągało mężczyznę. Chciał ją poznać. Chciał zobaczyć, czy jego przeczucia, co do niej, naprawdę były trafne. I kto wie, co z tego w przyszłości wyniknie? – Nie spieszył się z opowieścią, mieli w końcu czas. Jego ton był spokojny, przyjemny, jakby uspokajał ukochaną po wybudzeniu z koszmaru. Gdy zakończył, uśmiechnął się szeroko. – Mam nadzieję, że było wystarczająco romantycznie.    



bien - hiszp. dobrze
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Pon Sie 20, 2018 11:05 pm

Prędzej czy później Anioł będzie musiał się nauczyć, że nie zawsze “jego wersja” jest tą słuszną. Averith zamierzała mu to uświadomić w bardzo bolesny sposób. Choć w tej chwili wyglądała jak absolutnie niegroźny metr pięćdziesiąt nieszczęścia to gdy tylko poczuje się lepiej, zerwie mu z twarzy ten ohydny wyraz tryumfu. Razem ze skórą. Była w tak podłym nastroju, że jedynym co ratowało to piekielnie przystojne oblicze Anioła to zmęczenie. Słysząc jego słowa, Ave miała ochotę się na niego rzucić i bynajmniej nie w celu przytulenia. Nienawidziła sytuacji gdy była zdana na czyjąś łaskę, będąc przy tym absolutnie bezbronną, czuła się osaczona, jak zwierzę w pułapce. I jeszcze ta jego pewność siebie, która powiększała dziurę pomiędzy nimi. Następnym razem to ona będzie górą.
Poczuła się odrobinę lepiej widząc, że Anioł choć trochę szanuje jej przestrzeń osobistą, gdyby nie to prawdopodobnie dziewczyna by wybuchła. Zamrugała szczerze zaskoczona umiejętnością dedukcji chłopaka. Jego logika totalnie ją pokonała.
- No… nie zawsze - miała wrażenie, że mózg się jej przegrzewa. - Dla zabawy na przykład? Wtedy możesz się poznęcać nad taką osobą…
Nie mogła go rozgryźć. Z jednej strony Anioł wydawał się wyniosły i zarozumiały, a chwilę później na jego twarzy gościł tak uroczy i ciepły uśmiech. Zmęczenie w niczym nie pomagało, wręcz przeciwnie, dziewczyna ledwo skupiała się na tyle by oddychać. A później chłopak zrobił coś, co podziałało na Ave jak zimny prysznic - wyciągnął rękę i dotknął jej dłoni, dziewczyna niemal pisnęła. W pierwszym odruchu chciała zmaterializować nóż i uciekać, zamiast tego jeszcze bardziej wtuliła się w ścianę. Po chwili poczuła jak jej organizm się rozgrzewa. Nie była pewna czy to przez adrenalinę czy to znów jego moc, ale dopóki błogie ciepło rozlewało się po kończynach nie protestowała.
Nie takiej historii oczekiwała. Wlepiła w Anioła intensywne spojrzenie, zaciekawił ją. W tym momencie nieco mu zaufała i to nie przez opowieść, a przez to, że cały czas próbował jej pomóc. Może przypłaci to życiem, ale od kiedy wymordowała własną rodzinę, nie miała nikogo kto wspierałby ją tak jak Anioł. Averith poczuła się pokonana,a w oczach dziewczyny znów zebrały się te cholerne łzy, ale tym razem zamiast ukrywać je, po prostu zawiesiła się chłopakowi na szyi.
Niech się dzieje co chce pomyślała. Później zmęczenie zupełnie ją pokonało i zasnęła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Antonio Fernandez


Liczba postów : 27
Join date : 24/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Pon Sie 20, 2018 11:48 pm

Nie dość, że Znajdka Tonia ciekawiła, to jeszcze co chwila zadziwiała go czymś nowym. Trudno było przewidzieć, co zrobi lub jak zareaguje. Sprawiało to, że adrenalina tym szybciej krążyła w żyłach Hiszpana, a podekscytowanie go nie opuszczało. Zachowywał się trochę jak dziecko, które dostało nową zabawkę i próbowało się domyślić, jak ona działa, bez czytania instrukcji. Nie można jednak było powiedzieć, że patrzył na dziewczynę przedmiotowo. Co prawda ktoś mógłby mu to zarzucić, chociażby przez to, jak bardzo traktował kobiety, z którymi był, jako swoją własność, jednak to wynikało raczej z jego zazdrości i terytorializmu. W każdym razie, wracając do meritum, Tonio w żadnym stopniu nie traktował Znajdki jak zabawki, którą mógłby się po chwili znudzić. Po prostu cechował go dziecięcy entuzjazm, z którym nie zwykł się kryć.
Momentami dziewczyna wyglądała na spokojną, by za chwilę przybrać pozycję spłoszonego, gotowego do ataku stworzenia. Hiszpan nie do końca rozumiał powody zmian jej zachowania, choć był świadomy, że w sytuacji, w której została postawiona, nie jest to nic dziwnego. Nigdy nie był dobry w patrzeniu z perspektywy drugiej osoby, ale naprawdę się starał! Mimo to w pewnym momencie stało się coś, czego w żadnym stopniu się nie spodziewał. Choć dopiero co jego i Znajdkę dzieliła strefa jakiegokolwiek komfortu, nagle ona zniknęła i – co zaskakujące – nie z inicjatywy Antonia, a właśnie dziewczyny. Nim zdążył chociażby pomyśleć, co się właściwie stało i dlaczego, a już ją obejmował, już przytulał do siebie, już wsuwał dłoń między kosmyki jej włosów. Był to odruch. Czuł w końcu jej mokry policzek na swojej skórze, czuł jej delikatnie drżące ciało. Czuł, że tego potrzebowała. Nie zamierzał też robić teraz nic więcej, oczywiście nie licząc zakopania jej w ciepłej kołdrze, doprowadzenia do lepszego stanu, nakarmienia, gdy się obudzi, i zapewnienia jej tu schronienia. Chciał… po prostu jej pomóc.
Żeby znowu zobaczyć ten uroczy uśmiech.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Reaper
Żona Admina & Ojciec-Szlaban

Liczba postów : 198
Join date : 10/12/2016

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Wto Sie 21, 2018 1:27 am


Dziesięć dni. Dziesięć, kurwa, dni absolutnej ciszy i zawieszenia w przestrzeni, gdzie Gabriel tylko kręcił się w kółko i wściekle klął. Normalnie zachowywał spokój, nie dawał się zwariować, przynajmniej w ograniczonym stopniu zachowywał umiejętność trzeźwego myślenia, a teraz oprócz rzucania kurwami na prawo i lewo miał przy okazji ochotę rzucać ludźmi. Zwykle bywał nerwowy po zakończeniu sezonu świątecznego; bardzo mu się wtedy spieszyło, żeby komuś odstrzelić łeb i dostać pieniądze, z racji, że co roku bywało z nim w tym okresie porównywalnie kiepsko. Z tym że zwykle otrzymane wtedy zlecenie udawało mu się wypełnić od razu, bez większych problemów i na pewno bez dziesięciodniowego, kurwa, poślizgu. Teoretycznie mógłby w tym czasie znaleźć inne zlecenie - i nawet próbował, ale tak się bardzo niefortunnie składało, że nie tylko jego w trakcie świąt ruszało nadgryzione sumienie, i jeszcze tuż po ich zakończeniu niespecjalnie było w czym przebierać. No naprawdę, Gabriel, powinieneś w końcu rzucić w cholerę te idiotyczne przyzwyczajenia i nadmierny, niepotrzebny sentymentalizm, i dbać o stan swojego portfela przez cały rok, bez przerw, zamiast potem desperacko szukać zleceń. A potem jeszcze, co gorsza, całkiem widowiskowo je spieprzyć.
Oczywiście, potknięcia zdarzały się w tej branży. Nie zawsze dało się kogoś tak prosto zamordować, czasem przeciwnik okazywał się być za silny, albo zwyczajnie umiejętnie wykorzystywał swoją przewagę - albo tak się wyjątkowo nieszczęśliwie składały okoliczności, że wszystko grało przeciw tobie, i jak byś się nie starał, wychodziłeś na przegranego. Bardzo to niepożądane, ale jednak się zdarzało. Z tym, że akurat teraz bardziej niż o jakiejkolwiek porze w roku zdarzyć się kategorycznie nie mogło - i akurat się zdarzyło.
Wprawdzie Gabriel mógł założyć, że Averith wykrwawiła się na śmierć. W końcu poturbował ją całkiem mocno; za mało, żeby faktycznie ją zabić na miejscu, ale dostatecznie, żeby dać jej całkiem spore szanse na wyzionięcie ducha przy jakimś kontenerze śmieci w dalszej lub bliższej okolicy. Mógł, ale nigdy tego nie robił - musiał mieć pewność, z czystej, lekko może paranoicznej, ostrożności. Zadanie było albo wykonane, albo nie. Zresztą, samo założenie, że nie żyje, nic mu nie dawało, bo musiał mieć na to dowód - a nie miał, bo sam fakt, że musiał się doczyścić z jej krwi, jeszcze nim nie był. Brał więc jako prawdopodobną możliwość, że jego najnowszy, wyjątkowo wojowniczy, cel gdzieś się jeszcze mniej lub bardziej żwawo kręci - a że poturbował ją całkiem mocno to zakładał, że raczej mniej.
Choć cholera ją tam wie. Może to kolejna rzecz, o której zleceniodawca nie był skłonny go uprzednio poinformować.
Zleceniodawca niezbyt optymistycznie przyjął fakt, że Averith wciąż żyje, za to Gabriel niezbyt optymistycznie przyjął fakt, że poskąpiono mu istotnej informacji na temat możliwości mocy rzeczonej Averith, i jeszcze mniej optymistycznie poinformował tegoż zleceniodawcę, że za to wymaga podniesienia stawki. Zleceniodawca niezbyt chętnie się zgodził, a Gabriel wychodząc w myślach łamał mu w piątym miejscu prawą nogę, bo na lewej zdążył wyżyć się już wcześniej. "Nie wiedziałem". Oczywiście, że, kurwa, nie wiedziałeś, dowiedziałem się za ciebie, nie ma za co, będzie mnie przez to rwało w boku przez najbliższe dwa tygodnie.
Pogoda była tak samo paskudna jak dziesięć dni wcześniej - sypało śniegiem i było zimno jak diabli, czego Gabriel miał akurat przyjemność nie odczuwać tak dotkliwie (choć i tak, chyba z przyzwyczajenia, ciągle chodził w kapturze). Odczuwał za to całkiem dotkliwie powiększającą się dziurę budżetową, która złośliwie podgryzała mu kostki i zaśmiewała się z jego utknięcia w martwym punkcie. Averith zapadła się pod ziemię. Nie była zarejestrowana w żadnym szpitalu - co akurat wcale takie dziwne nie było, bo mogła używać fikcyjnego imienia i nazwiska, ale sprawdzał dla pewności - nikt jej nie widział, nikt nic nie wiedział. Mogła też, oczywiście, wąchać śnieg od spodu, bo mimo wszystko zakładał taką możliwość - dlatego częściej niż do tej pory czytał prasę, przeglądając strony w poszukiwaniu potencjalnej informacji o znalezieniu martwej, poturbowanej kobiety. Jak na razie cisza, ale w trakcie rozglądania się za jakimś punktem zaczepienia, zamiast bezczynnie czekać, mógł robić chociaż to.
Strzepnął warstwę białego puchu z ławki i usiadł na moment, jednocześnie kartkując gazetę i rozmawiając przez telefon. Jakby już cała ta sprawa dostatecznie go nie denerwowała, to musiał jeszcze znosić paplanie po drugiej stronie słuchawki - i to jeszcze na własne życzenie, bo to on zwrócił się do niej o kolejną drobną przysługę, i teraz musiał ponosić tego konsekwencje. W teorii prawdopodobnie będzie warto, bo mało było osób, których Sombra nie potrafiła znaleźć - tylko szkoda, że musiała się przy okazji tyle przy tym nagadać, i jeszcze poruszyć piętnaście innych tematów w trakcie rozmowy, która mogłaby trwać dwie minuty i składać się ze zdań pojedynczych, zamiast być chaotycznym monologiem, który Gabriel musiał rozkładać na czynniki pierwsze, żeby w ogóle zrozumieć, o czym ona znowu pierdoli.
- ¿Me estás escuchando? Ya te dije. ...no. No. ¿Estás sordo? ... Dios dame paciencia porque si me das fuerza los mato. ¿Qué? ... No importa.* - wbijał wzrok w stronę gazety przed swoim nosem i naprawdę usilnie powstrzymywał się, żeby kogoś tą gazetą nie pobić w celu wyładowania zgromadzonej przez rozmowę telefoniczną frustracji. Sombra fachowo działała mu na nerwy, ale tym razem, przez okoliczności, naprawdę przechodziła samą siebie, i Gabriela wiele samozaparcia kosztowało, żeby na nią przez ten telefon nie nawrzeszczeć. Na szczęście mimo wszystko miał jakąś godność.
Czasami.

*hiszp.: Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Już ci mówiłem. ...nie. Nie. Głucha jesteś? ... Boże, daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę, to ją zabiję. Co? ... Nieważne.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Wto Sie 21, 2018 6:39 pm

Averith miała wrażenia, że od awantury w barze minęły lata, a w rzeczywistości było to zaledwie kilka dni. Dziesięć, mówiąc dokładniej. Cały ten czas mutantka spędziła u Anioła, nie wychylając nosa z mieszkania, delektując się złudnym i ulotnym, jak zakładała, poczuciem bezpieczeństwa. Niemal zapomniała o Gabrielu, strachu i śmiertelnych ranach, które zaledwie kilka dni wcześniej doprowadziły ją nad skraj grobu. Wątpiła by najemnik odnalazł radosny tyłek mutantki w tak krótkim czasie, więc skupiła się na czerpaniu garściami z tego co oferowało życie.
Niestety nic nie trwa wiecznie.
Anioł opiekował się dziewczyną, spełniając jej najróżniejsze zachcianki. Averith pokochała jego kuchnię, wmawiając sobie, że tylko i wyłącznie z tego powodu chłopak jeszcze żyje. Ta, jasne. Po dziesięciu dniach w raju, zażądał czegoś w zamian. Z tym ohydnym uśmiechem wręczył jej do rąk niewielką kartkę i wysłał na zakupy, doprowadzając dziewczynę na skraj wytrzymałości, ale niestety, niestety miał argument, którego Ave nie potrafiła podważyć - spaghetti. Nim wyszła z mieszkania, zwyzywała Anioła i dla podkreślenia swojej frustracji trzasnęła drzwiami. Dwukrotnie.
Chwilę później wyszła na bezlitosne zimno. Po kilkudziesięciu minutach weszła do pierwszego sklepu w okolicy, w którym można było znaleźć coś więcej niż alkohol i zapach porażki. Zgrzytając zębami z wściekłości wyjęła listę zakupów i zaczęła ją uważnie studiować. Gdyby nie fakt, że w sklepie było więcej osób, z pewnością przywaliłaby głową w ścianę po przeczytaniu pierwszego słowa.
Ten. Idiota. Napisał. Listę. Po. Hiszpańsku.
Na szczęście nadrabiał urodą. Averith miała ochotę zmusić go do zjedzenia tej listy. Z drugiej strony nie miała ochoty wrócić do mieszkania z pustymi rękami, więc postanowiła improwizować. Po czwartej próbie rozszyfrowania listy, poddała się i poszła w ciemno wprost do półki z pomidorami. W końcu to główny składnik spaghetti, a Anioł to największy fan tych owoców. Averith była w szoku, że chłopak nie miał pościeli w pomidory. Błądziła po sklepie przez dłuższą chwilę, a gdy uznała, że znalazła wszystkie potrzebne składniki, dorzuciła kilka butelek piwa i wyszła. Kilka kroków za drzwiami dopadły ją wątpliwości, wróciła więc do studiowania listy, ale z równie kiepskim skutkiem. Otulając się ciaśniej szalikiem, powoli szła w stronę mieszkania, zgrzytając zębami. Prawie widziała jak Anioł patrzy na nią z politowaniem, gdy będzie wyjmował kolejne produkty z papierowej torby.
Aż nagle usłyszała zbawienie.
Na ławce, zaledwie kilka kroków dalej siedział facet, który rozmawiał po hiszpańsku. HISZPAŃSKU. Ave prawie pisnęła z radości, bo w końcu uda jej się zetrzeć Aniołowi ten paskudny wyraz triumfu z twarzy. W kilku krokach znalazła się obok ławeczki, bez ogródek wyciągnęła przed siebie listę.
- Co tu jest napisane? - zapytała wprost. Jeśli facet będzie stawiał jakieś opory przed przetłumaczeniem listy zakupów, to mutantka zmusi go do współpracy. Nie zbłaźni się przed Aniołem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Reaper
Żona Admina & Ojciec-Szlaban

Liczba postów : 198
Join date : 10/12/2016

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Wto Sie 21, 2018 8:14 pm

Bardzo skrajnie przebiegało im ostatnie dziesięć dni. W trakcie gdy Gabriel usiłował przetrawić gorycz porażki, zmusić swój organizm do nieco sprawniejszego zregenerowania się, a umysł do działania na normalnych obrotach, Averith bezpiecznie grzała się w przytulnej norze Hiszpana, który miał czelność wygrzebać ją zza kontenera i postawić na nogi. Zadziała się tu jakaś wyjątkowa niesprawiedliwość, i może nawet Gabriel nazwałby to pechem, gdyby w ogóle w coś takiego jak pech wierzył - tymczasem wolał to raczej nazywać karmą, która mściła się na nim ustawicznie już od dobrych kilku lat. Za co? Tego nie wiedział, ale z całą pewnością zamierzał to mieć w głębokim poważaniu, nawet jeśli czasami wyjątkowo utrudniało mu to pracę.
Ale, jak widać, karma nie zawsze bywa zupełnie mściwa, a w życiu czasami zdarzają się wyjątkowe zrządzenia losu. Czy zupełnie szczęśliwe... to już nieco inna sprawa.
Prawdopodobnie wykłócałby się tak z Sombrą jeszcze przez kilka następnych minut, dopóki zupełnie nie skończyłaby mu się cierpliwość albo zapas samozaparcia, średnio co drugie słowo powtarzając "nie" zabarwione całą paletą intonacji, gdyby mu tego nie przerwano. Przebiegając wzrokiem przyprószone śniegiem litery wydrukowane na wątpliwej jakości papierze nie zwracał większej uwagi na otoczenie - niespecjalnie było zresztą na co. Pogoda naprawdę nie należała do najpiękniejszych, zresztą, podobnie jak cała okolica, która wyglądem dokładała wszelkich starań, by wykurzyć z dzielnicy wszystkich mieszkańców, których było stać na przeprowadzkę, a tych, których nie - przynajmniej zatrzymać w domach. Był zresztą wieczór, i choć wcale nie tak późny, to zimowa pora zadbała o to, by na zewnątrz panował już mrok, oświetlany tylko przez światła nielicznych niepotłuczonych jeszcze latarni. Ludzi nie było więc w okolicy zbyt wielu, i Gabriela - łukiem dość szerokim, co było podejściem bardzo zdroworozsądkowym - mijali tylko zagubieni przechodnie, w pośpiechu zmierzający do domów... czy gdziekolwiek akurat mieli nieprzyjemność pomieszkiwać. Sam Gabriel nie zamierzał zresztą zabawić tam zbyt długo i przysiadł tylko na moment, ale nim zdążył ostatecznie zrezygnować z konceptu odmrażania sobie czterech liter na ławce, ktoś do niego podszedł. Raczej niespecjalnie się tego spodziewał - bardziej niechętnie do potencjalnego odpowiadania na pytanie "która godzina?" chyba się już nie dało wyglądać - i już układał w głowie jakąś zwięzłą odpowiedź mieszczącą się w "spierdalaj", ale...
Coś mu się w tym głosie wydało znajome.
Przerwał nieskuteczne próby uciszenia Sombry - która chyba wciąż jazgotała mu w słuchawce - i podniósł wzrok znad gazety. Opuścił ją na kolana i wyciągnął dłoń, kładąc dwa palce na górnej krawędzi kartki, którą właśnie przytknięto mu przed nos, i przesunął ją w dół, a kiedy tylko zniknęła z jego pola widzenia - spojrzał prosto w oczy kobiety, która bardzo nieroztropnie wybrała sobie tłumacza.
Gwiazdka przyszła z opóźnieniem. Averith.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Wto Sie 21, 2018 9:35 pm

Siedząc w przytulnym mieszkanku, Ave zdążyła zapomnieć jak paskudna potrafi być zima, w międzyczasie poznikała większość świątecznych pierdół, więc pozostał tylko brudny śnieg, a świat wokół zrobił się szary i przygnębiający. Dziewczyna była bardzo zadowolona, że nim Anioł wysłał ją na misję, przyniósł do mieszkania komplet ubrań, z których wygrzebała wybrać coś dla siebie. Dlatego teraz, łażąc po mieście nie zamarzła na kość, choć non stop przeklinała w myślach najgorszą porę roku. W dodatku nie miała nawet alkoholu, którym mogłaby się rozgrzać.
Gdy mężczyzna odsunął kartkę ukazując swoją twarz, mutantka miała wrażenie, że bóg zszedł na ziemię tylko po to, by zasadzić jej solidnego kopniaka w brzuch. Znów patrzyła śmierci w oczy. Na początku myślała, że ma jakieś ataki paniki i w każdym mężczyźnie będzie widziała Gabriela, ale im dłużej stała, gapiąc się na niego z otwartą paszczą, tym bardziej w to wątpiła. On naprawdę siedział przed nią na ławce. Po około stu latach, dziewczyna otrząsnęła się z szoku i cofnęła dłoń, przeklinając siarczyście. Wciąż ściskała w ręce papierową torbę z zakupami, które składały się z mnóstwa pomidorów i paczki makaronu (alkohol schowała do bezpiecznej torebki), w obronnym geście cisnęła pakunkiem w Gabriela, zasypując go deszczem czerwonych owoców i odskakując na odległość kilku kroków.
- Bez, kurwa, jaj - wyrwało jej się. Wdepnęła w bagno, z którego nie sposób się wydostać
Miała wrażenie, że świat właśnie postanowił z niej zakpić, w najgorszy z możliwych sposobów. Zaczęła nawet kalkulować czy jeśli teraz ucieknie i schowa się w śmietniku to Anioł ją znajdzie, ale wątpiła by Gabriel pozwolił jej na jakikolwiek honorowy odwrót. Bezwiednie uniosła dłoń i złapała się za ramię, na którym miała bliznę po ich ostatnim spotkaniu. Zaledwie dziesięć dni wcześniej ta sama rana niemal doprowadziła do śmierci dziewczyny. Chciała dać sobie w łeb, bo póki co wyglądała jak spanikowana osiemnastolatka, którą rodzice przyłapali z papierosem w pokoju. Jeśli chciała przeżyć musiała się ogarnąć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Reaper
Żona Admina & Ojciec-Szlaban

Liczba postów : 198
Join date : 10/12/2016

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Wto Sie 21, 2018 10:44 pm

Nie zareagował od razu chyba tylko dlatego, że był w podobnym szoku co Averith. Od dziesięciu dni - a gdyby tak liczyć mniej optymistycznie, to od jakichś trzech tygodni co najmniej - życie z uporem maniaka namiętnie kopało go w dupę, a on nie był jeszcze na tyle zdesperowany, żeby mogło mu się to podobać. Uparcie szukał jej przez ostatnie dni, wykorzystując wszelkie możliwe metody, jakie z jego aktualnym stanem finansowym były dostępne, w przypływie rezygnacji zwrócił się nawet do potencjalnie najbardziej irytującej osoby, którą znał, i która mimo to wciąż jeszcze żyła, a tu proszę - jakimś wyjątkowo nierealnym zrządzeniem zdarzeń wszechświat podsunął mu ją prosto pod nos. Jakie w ogóle było na to prawdopodobieństwo?
Szkoda, że nie spodziewał się tego równie bardzo, co nie spodziewała się tego ona, i zamiast już w pierwszej sekundzie uskutecznić zabieg zmieniania jej w bardzo krwawy ser szwajcarski, patrzył na nią jak cielę w malowane wrota, prawie nie mogąc uwierzyć w to, że faktycznie stoi tylko kilkanaście centymetrów przed nim i majta mu przed twarzą jakąś kartką. Może nawet wydawałoby mu się, że ma zwidy, i desperacja podsuwa jego (mało twórczej, właściwie) wyobraźni wyimaginowane obrazy, ale akurat pamięć do twarzy to Gabriel miał nieziemską. A tą twarz bardzo chciał zrównać z poziomem podłogi, więc pamiętał ją tym lepiej, i nie zmieniało tego ani skąpane w wieczornym mroku otoczenie, ani fakt, że ostatnim razem jej twarz znajdowała się w stanie znacznie gorszym, niż była obecnie.
Czyli jednak się regeneruje?
No, to przepierdolone.
Wlepianie ślepi w cel morderstwa było jednak zabiegiem wybitnie nieprofesjonalnym, więc przebudził się w końcu z letargu - ale zdążył tylko opuścić dłoń i błyskawicznie sięgnąć po broń, zanim w jego stronę poszybowała siatka z zakupami. No bez, kurwa, jaj, bo z pomidorami, skoro już o tym mowa.
Nim dostąpił wątpliwego zaszczytu zmienia się w chodzącą i bardzo wkurwioną wersję przecieru na spaghetti, zdążył się zdematerializować, i siatka zamiast w niego grzmotnęła w oparcie. On z kolei pojawił się dosłownie pół sekundy później, może krok od ławki, już stojąc, z pistoletem w ręku, i nie czekając już dłużej na reakcję zmrożonej - i to bynajmniej nie wyłącznie od temperatury - Averith, strzelił. Dwukrotnie. Klatka piersiowa i brzuch, w to mierzył, ale nie zdziwiłby się, gdyby nie trafił; pozwolił sobie na zbyt długą chwilę zawahania, a poza tym miał do czynienia z kimś, kto potrafił się teleportować. I to szybko.
Nie zwracając już najmniejszej uwagi na potencjalne jazgotanie po drugiej stronie telefonu po prostu wsunął go do kieszeni kurtki, nie zastanawiając się nad tym, czy w ogóle udało mu się rozłączyć - nieszczególnie go to w tym momencie obchodziło.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Sro Sie 22, 2018 6:10 pm

Otrząśnięcie się z szoku i niedowierzania zajęło jej trochę więcej czasu niż Gabrielowi. Głównie dlatego, że ostatnie dziesięć dni spędziła w raju, z którego została brutalnie wyrwana. Widok wcale nie przystojnej twarzy najemnika był bardzo niemiłą pobudką, a pobyt u Antonia przyzwyczaił ją do czegoś zupełnie innego. Nim poznała Anioła tylko raz czuła się prawdziwie szczęśliwa, ale to najboleśniejszy epizod jej żałosnego życia, więc rzadko wracała pamięcią do tamtych dni. W tej chwili jednym co miało znaczenie był fakt, że stała właśnie ze swoim najnowszym koszmarem twarzą w twarz i to on pierwszy wyciągnął broń.
Miała przejebane. Znowu.
Pomidory nie okazały się dobrą bronią w starciu z Gabrielem, nie żeby Ave oczekiwała takiego efektu jaki powodował czosnek w walce z wampirem, ale to i tak było rozczarowujące. Choć dało dziewczynie wystarczająco dużo czasu, by mogła się ocknąć. Widząc jak Gabriel sięga po broń, po ten pieprzony pistolet, zmaterializowała w dłoni nóż, gdy tylko przybrał swoją formę rzuciła go w bok. Nie celowała w żadne konkretne miejsce, potrzebowała po prostu drogi ucieczki. Gabriel znów skorzystał ze swojej sztuczki, mniej więcej w tej samej chwili Ave teleportowała się do leżącego kilka kroków dalej noża i ponownie cisnęła ostrzem, tym razem wprost w klatkę piersiową mężczyzny.
Gorączkowo próbowała ocenić stan najemnika, nie wyglądał na bardzo pokiereszowanego, właściwie to Armiger nie pozostawił na nim praktycznie żadnych śladów, więc albo mutantka legendarnie spudłowała albo posiadał jakąś zdolność regeneracji, co w obecnych czasach aż tak dziwne by nie było. Wydawało się jej, że ten cholerny koszmar ma coś nie tak z ręką, ale nie mogła brać tego za pewnik. Po ostatnim spotkaniu podchodziła to takich informacji z dystansem, zwłaszcza jeśli dotyczyły jego. Nagle doznała olśnienia. Ona nie wiedziała w jakim stanie Gabriel był po ich poprzednim spotkaniu, ale w drugą stronę było zupełnie odwrotnie, on zdawał sobie sprawę z jej obrażeń (a przynajmniej z większości). Skoro teraz stali naprzeciwko siebie, zaledwie dziesięć dni później, a dziewczyna miała jedynie kilka blizn mógł założyć, że Ave zawdzięcza to swojej mocy. Nie wiedziała jeszcze jak, ale zamierzała wykorzystać to przeciwko niemu.
- Tęskniłeś za mną? - zakpiła, materializując w dłoni katanę. Nawet jeśli była przerażona wizją śmierci, nigdy się do tego nie przyzna. Tego nauczyły ją lata tresury. Nie mogła okazywać żadnej słabości, jeśli chciała wyjść z tego spotkania w jednym (lub względnie jednym) kawałku. Na chłodno przeliczyła szanse swoje i Gabriela. Tym razem mężczyzna nie miał przewagi jaką dawało mu zamknięte pomieszczenie, więc szala przechyliła się nieco na korzyść mutantki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Reaper
Żona Admina & Ojciec-Szlaban

Liczba postów : 198
Join date : 10/12/2016

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Sro Sie 22, 2018 7:22 pm

Nawet w najmniejszym stopniu nie było mu przykro, że przerywa Averith nie dość że miły wieczorny spacerek z siatką zakupów, to jeszcze sielankowy obrazek spokojnego pomieszkiwania z wyjątkowo życzliwym Hiszpanem - przy czym o tym drugim oczywiście nie wiedział, ale nawet gdyby wiedział, to i tak byłoby mu wybitnie wszystko jedno. Bo podczas gdy ona spokojnie grzała sobie tyłek w bezpiecznej przystani mieszkania, w pełni wyleczona i zregenerowana, żywiąc się owocami kucharskiego talentu swojego wybawiciela, Gabriel przeżywał festiwal zszargania nerwów i narastającej irytacji, która w duecie z desperacją tańczyła mu w głowie flamenco. Miał kaca. Na swoje nieszczęście ani nie alkoholowego - bo alkohol to się mu już, niestety, skończył - ani tym bardziej nie moralnego, tylko finansowego. A to był zdecydowanie najgorszy możliwy rodzaj kaca, z jakim można było mieć do czynienia.
Nigdy nie traktował swoich zleceń osobiście - bo, cóż, były to tylko zlecenia. Kolejne nazwisko, które należało wymazać z rejestru, a zadbać w zamian o to, by zostało wyryte na nagrobku; no, albo i nie. To, kim prywatnie była osoba, którą miał wysłać na tamten świat, nieszczególnie go obchodziło. Dla niego morderstwo było właściwie pracą jak każda inna, tylko odrobinę mniej społecznie akceptowalną. Averith była więc dla niego wyłącznie kolejnym celem, nazwiskiem do odznaczenia na liście - a w każdym razie tak być powinno. Rzeczywistość wyglądała jednak tak, że zdążyła mu poważnie zadziałać na nerwy w ciągu ostatnich dziesięciu dni swojej nieusprawiedliwionej w odpowiednim temacie nieobecności.
Teraz już wiedział doskonale, czego może się po niej spodziewać, nie tylko na podstawie teoretycznych informacji otrzymanych od najemnika, ale też własnego doświadczenia z ostatniego spotkania. Miał szczerą nadzieję że nie będzie miał okazji ponownie brać udziału w wesołym szatkowaniu, jakie dziesięć dni wcześniej Averith usiłowała mu załatwić w barze - wtedy udało mu się z tego wykaraskać, ale teraz... Podobnie jak ona szybko wykalkulował ich szanse. Mierząc się z kimś, kto potrafił się teleportować, lepiej było go zamknąć w mniejszym pomieszczeniu; a tym razem znajdowali się na otwartym terenie, gdzie przewaga Gabriela poleciała na łeb, na szyję i widowiskowo sobie ten głupi ryj rozwaliła zaryła twarzą o śnieg. W dodatku Averith wydawała się być w lepszej formie, niż obecnie znajdował się on; rwało go w ramieniu i w boku, regeneracja nie do końca radziła sobie ze wszystkim tak sprawnie, jakby sobie tego życzył. Poza tym... kończył mu się czas, działał pod pewną presją, i jakkolwiek starał się zachowywać profesjonalizm, to obecnie nie było to takie proste. Tyle dobrego, że przynajmniej zawsze był przygotowany i miał ze sobą przynajmniej pistolet, zapasowy magazynek i nóż, ale to starcie ani trochę nie mieniło mu się w ciepłych barwach.
Mimo to jednak wcale nie zamierzał jej odpuszczać.
Oczywiście, mógł się spodziewać, że Averith będzie próbowała uniknąć ciosu z wykorzystaniem swojej sztuczki z rzucaniem sztyletami - więc się spodziewał, i wyłącznie to, do spółki ze zręcznością, pozwoliło mu uniknąć okazji zyskania nowego dodatku do stroju, jakim był nóż sterczący z serca. Zdążył się uchylić i odskoczyć w bok, zwiększając dystans, przy czym nieznacznie drgnęła mu warga w lekkim grymasie skrzywienia, kiedy poczuł szarpnięcie w boku; zignorował to jednak i wymierzył do niej ponownie, szukając dobrej okazji do strzału. Zasadzała się z bronią białą na broń palną, co mogłoby się wydawać absurdalne, gdyby Gabriel nie znał jej możliwości. A nie chciał marnować zbyt wielu kul na nietrafione strzały.
- Nawet sobie nie wyobrażasz - uśmiechnął się bardzo kwaśno i bez grama wesołości, bo nastroju do żartów to on w tym momencie nie miał za grosz. Jakkolwiek cała ta sytuacja była przekomicznie nierealna.
Żeby zmusić ją do reakcji, którą byłby kontratak zamiast ucieczka w reakcji na jego bezczynność, strzelił ponownie - jeszcze w trakcie kończenia zdania. To nie był idealnie wymierzony strzał, po prostu taki, którym w normalnych okolicznościach zamierzałby gdzieś trafić - a w tych podejrzewał, że mu się to nie uda. Nie, kiedy usiłował atakować ją frontalnie, a ona wiedziała, czego może się po nim spodziewać.
Teraz to dopiero będzie zabawnie.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Sro Sie 22, 2018 9:38 pm

Podejście do zleceń to chyba jedyne co ich łączyło, choć też nie do końca. Cel to cel, niezależnie od tego ile ma lat, jakiej jest płci, co przeszedł, czy ma na utrzymaniu rodzinę, dzieci, dziadków, kota, psa, kanarka czy hoduje lamy. Ludzkie życie jest warte tyle, ile pieniędzy wyłoży za nie zleceniodawca. Sami ludzie też niewiele znaczą. Z tym, że dla mutantki celem mógł być każdy, nie miała żadnych hamulców ani wątpliwej choćby moralności, która powstrzymywałaby ją przed zabijaniem dzieci czy własnych bliskich. Najemnik nie ma przyjaciół, przywiązanie jest słabością, a gdy funkcjonuje się w tak niebezpiecznym otoczeniu na słabości nie można sobie pozwolić. Zawsze ktoś silniejszy będzie próbował wykorzystać to jako swoją przewagę, a do takiej sytuacji nie można dopuścić, jeśli najemnik chce dożyć starości (choć to i tak bardzo mało prawdopodobne).
Poprzednie spotkanie było owocne w wiedzę, uświadomiło dziewczynie jakie koszmary będą stawać na jej drodze, jeśli nie pozbędzie się zleceniodawcy, to jednak kwestia na później. W barze poznała część zdolności Gabriela, ale była niemal pewna, że czymś jeszcze ją zaskoczy. Niestety przez dziesięć dni miała tak bardzo wyjebane i nie znalazła żadnych więcej informacji na jego temat, ba, nawet nie próbowała ich szukać. Założyła, iż ma mnóstwo czasu nim znów stanie na jego drodze, a tu proszę. Niespodzianka. Podła, nieprzyjazna, mierząca ponad metr osiemdziesiąt niespodzianka, której jedynym celem było skrócenie mutantki o głowę albo wpakowanie jej całego magazynka w brzuch, ani jedna ani druga wizja zbytnio się dziewczynie nie uśmiechała. Nawet gdyby całe dziesięć dni spędziła na szukaniu informacji o swoim przeciwniku, istniała szansa, że nie znalazłaby zbyt wiele. Najemnicy strzegą swojej tożsamości jak najcenniejszego skarbu. Gabriel wiedział o niej niemal wszystko, bo miał o wiele więcej czasu na poszukiwania, dodatkowo był ktoś, kto udostępnił mu swoją wiedzę na temat Ave. Może i niekompletną, ale zawsze coś. Jedyne co jako tako napawało dziewczynę entuzjazmem był fakt, że otwarta przestrzeń dawała jej sporą przewagę. Przesrane. Przeliczając swoje siły na zamiary, mutantka uznała, że może spróbować zawalczyć o coś więcej niż o własne życie. Gabriel zapłaci za to jak upokorzył ją w barze.
Katana w jej dłoni zmieniła się w o wiele praktyczniejszy sztylet. A ten dupek znów do niej strzelił. No serio, który to już raz? Gdyby nie to, że kilkanaście sekund wcześniej rzuciła bronią w jego kierunku nie miałaby nawet drogi ucieczki, ale w zaistniałej sytuacji postawiła wszystko na jedną kartę i postanowiła go zaatakować. Nie bardzo miał jak uniknąć noża, więc jedyną sensowną opcją wydawało się zdematerializowanie i przepuszczenie go przez siebie, a przynajmniej tak zakładała Averith. W momencie, w którym nóż powinien znaleźć się za jego plecami, dziewczyna teleportowała się do broni i wykonała szybko zamach, żeby wbić ostrze w plecach Gabriela, tak by zanurzyło się po samą rękojeść. Były tylko dwie opcje, zada mu bolesną ranę albo wpakuje się wprost w jego uścisk.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Reaper
Żona Admina & Ojciec-Szlaban

Liczba postów : 198
Join date : 10/12/2016

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Sro Sie 22, 2018 11:24 pm

U Gabriela zgadzało się właściwie wszystko z tej listy - bez moralnych oporów mordował tak mężczyzn, jak i kobiety, niezależnie od tego, kim byli i czym się zajmowali, nie zastanawiając się nawet nad tym, czy w ogóle byli winni czegokolwiek, i kto w jego zleceniu był stroną "dobrą" a kto "złą", bo to zwyczajnie nie był jego interes. Zadawał minimum pytań i to mu całkowicie wystarczało; po prostu wykonywał zlecenie i odbierał pieniądze, nieszczególnie mając z tego powodu jakiekolwiek wyrzuty sumienia; nie sposób być dobrym najemnikiem jeśli się je ma. W całej tej wyliczance nie zgadzał się tylko jeden punkt: dzieci. Jakkolwiek Gabriel lubił sobie wmawiać, że sumienie nie jest dla niego najmniejszą przeszkodą, to jednak życie równie bardzo lubiło mu udowadniać, że jednak jest. Nie byłby w stanie zabić dziecka - tak po prostu, nie byłby, i nie próbował sobie tego tłumaczyć, choć podświadomie tak naprawdę doskonale wiedział dlaczego.
Przeszłość miała dla niego znaczenie dalece większe, niż by chciał.
Ale teraz zastanawianie się nad przeszłością, czy w ogóle nad czymkolwiek, co nie było rzeczami stricte dotyczącymi chwili obecnej, zupełnie jego głowy nie zaprzątało. Jakkolwiek sytuacja wyglądała... kiepsko, i to niestety kiepsko dla niego, a nie dla niej, i tak zamierzał dołożyć wszelkich starań, żeby Averith tym razem faktycznie skończyła martwa. Nie miał w zwyczaju nie wypełniać zleceń, których się podjął, i bardzo by nie chciał tego zmieniać, a jak na razie wszystkie znaki na niebie i ziemi, i całkiem sporo cholerstwa prosto z piekła, rzucało mu kłody pod nogi. Styczeń zawsze był dla niego paskudnym miesiącem, ale styczeń roku 2013 jak do tej pory zdawał się dokładać wszelkich starań, by zostać rekordzistą w dziedzinie psucia Gabrielowi już i tak nie najlepszego nastroju.
On niestety nie miał żadnego asa w rękawie. Żadnej specjalnej umiejętności, mocy, której używałby w sytuacjach skrajnego zagrożenia, przy okazji sprawiając, że przeciwnikom z wrażenia opadały szczęki - wszystko czym dysponował zdążył już zaprezentować. Może za wyjątkiem sytuacji, gdzie zupełnie straciłby panowanie nad sobą... i choć z jednej strony, fakt faktem, mogło to uczynić z niego trudniejszego przeciwnika, to utrata kontroli była dla niego zdarzeniem wybitnie niepożądanym. Był profesjonalistą, a nie narwanym żółtodziobem.
Averith też zresztą żółtodziobem nie była, a to rodziło sytuację równie ciekawą, co niebezpieczną.
Oczywiście, że nie trafił; jeszcze trochę i będzie musiał zacząć się do tego przyzwyczajać... choć akurat w tym przypadku nawet niespecjalnie liczył na to, że kula faktycznie jej dosięgnie, chodziło tylko o to, by ją przepłoszyć. Nigdy specjalnie nie narzekał na swoją celność - lata praktyki w różnych okolicznościach całkiem nieźle usprawniły jego oko - ale najwidoczniej w ostatnich dniach los lubił sobie z niego całkiem boleśnie kpić. Kwestia nerwów? Wyćwiczenia przeciwniczki i jej mocy? Oba naraz? Tak czy owak proporcja trafień do oddanych strzałów wypadało dość blado, a to się Gabrielowi absolutnie nie podobało.
Jeszcze bardziej za to nie podobał mu się sztylet lecący w jego kierunku, i miał nieszczęście zareagować dokładnie tak, jak wymarzyła to sobie Averith - zdematerializował się na ułamek sekundy a potem pojawił ponownie, dopiero wtedy uświadamiając sobie, jak ogromny błąd popełnił.
Nie zdążył całkiem bezpiecznie odskoczyć, odsunąć się, schylić - tylko trochę obrócić i odchylić tułów, bardziej w odruchu spojrzenia za siebie, niż jakiejkolwiek świadomej reakcji. Dzięki temu sztylet, zamiast pleców, sięgnął boku, wbijając się w niego głęboko, i mimo większej odporności na bodźce bólowe, Gabriel odczuł to bardzo dotkliwie. Tym gorzej że Averith idealnie wymierzyła w bok, który uszkodzony był już wcześniej, i Ramireza naprawdę dużo samozaparcia kosztowało stłumienie w gardle krzyku. Na moment go zamroczyło i aż zgiął się lekko... ale reakcją równie odruchową do odwrócenie się był u niego błyskawiczny kontratak. Zamachnął się więc łokciem - niemal na ślepo, ale z pełnym zaangażowaniem, wkładając w to tyle siły, że sam tym boleśniej odczuł rwanie w świeżo zranionym boku. Z tej odległości właściwie nie miał szans nie trafić; biorąc pod uwagę niewielki wzrost Averith, zapewne w twarz, licząc przy okazji, że ciosem tym uda mu się sprowadzić ją do parteru.
Krwawił. Nosz kurwa, krwawił, a to stawiało go tak daleko od "zgodnie z planem" jak tylko się dało.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Czw Sie 23, 2018 8:26 pm

Dziecko kojarzy się z niewinnością i faktycznie bardzo rzadko to faktycznie ów dziecko stanowiło prawdziwy cel. Zazwyczaj stanowiło prostą drogę do skrzywdzenia rodziców. Nie łatwo było się przełamać i z zimną krwią krzywdzić maluchy, zwłaszcza jeśli przed wstąpieniem na najemniczą ścieżkę kandydat wiódł względnie normalne życie. Co innego jeśli od najmłodszych lat przechodziło się odpowiednią tresurę. Najemnicy w organizacji, która przygarnęła Ave pod swoje skrzydła, stosowali takie właśnie metody, namawiając dzieci do walk i wzajemnego okaleczania się, a na końcu do mordowania. Wymyślili świetny sposób na upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu. Zmuszali dzieci do potyczek z użyciem broni, na śmierć i życie, eliminując w ten sposób słabsze jednostki, młodocianych kandydatów nie było wielu, a jeszcze mniej ujrzało świat poza murami pieprzonej kryjówki. Zaledwie garstce udało się przeżyć i wyjść na ulice, ale nie byli już ludźmi, a jedynie marnymi cieniami samych siebie, dla których znaczenie miały tylko pieniądze. Takie praktyki miały też i drugą zaletę, gdy słabsi padli spadła liczba gęb do wykarmienia, bo po co marnować zasoby dla kogoś kto i tak nie przyniesie zysku? Averith pamiętała gdy pierwszy raz zabiła swojego rówieśnika, miała zaledwie dziesięć lat i w dużej mierze było dziełem przypadku, ale na zawsze pozostanie w jej pamięci. Nigdy nie zapomni zapłakanej twarzy swojego przyjaciela, gdy błagał ją o litość i bezwzględnej odpowiedzi jednego z treserów:
Jest słaby, nie ma wśród nas miejsca dla takich jak on.
Mężczyzna przyłożył dziewczynce pistolet do głowy, zmuszając do odebrania życia dziesięcioletniemu chłopcu, a zamiast pocieszenia, dostała w twarz. Później było już lżej. Każde kolejne zabójstwo przychodziło łatwiej, aż przestała liczyć ile żyć ukradła. Krok po kroku uciszała swoje sumienie, które w końcu zamilkło na stałe, wraz z resztkami jej człowieczeństwa. To co zostało było jedynie bardzo wkurzoną na świat namiastką normalnej osoby. Choć ciężko zaprzeczyć, że w większość zawdzięczała to wyłącznie sobie.
Żółtodziobem nie była, ale wciąż wiele jej brakowało do spokoju i opanowania Gabriela, za co, tak na marginesie, go podziwiała, choć niechętnie, bardzo niechętnie. Ten skurczybyk mógłby ją sporo nauczyć, ale dziewczyna nigdy tego nie przyzna. Ave potrafiła zachować zimną krew i działać na podstawie chłodnej kalkulacji, aczkolwiek zdarzały się momenty gdy traciła panowanie nad sobą, wpakowując się w jeszcze większe bagno i, wbrew pozorom, Armiger nie zawsze ratował jej tyłek. To właśnie miało miejsce w barze kilka dni temu. Uważając się za absolutnie niezwyciężoną, opuściła gardę, za co boleśnie zapłaciła, ale tym razem nie zamierzała do tego dopuścić. Tym razem to ona wróci do domu na tarczy, targając ze sobą pieprzony łeb Gabriela. Powiesi go sobie nad kominkiem w salonie i codziennie będzie weń rzucać nożami, aż nie zostanie z niego nic prócz mokrej plamy.
Mężczyzna popełnił błąd i ów błąd miał stać się początkiem jego końca, o co mutantka zamierzała zadbać. Nawet jeśli ten jeden cios nie zdołał go zabić, dziewczyna będzie zadawać kolejne, aż ten pierdolony koszmar padnie przed nią na ziemię, martwy.
Nie myślała, że Gabriel będzie w stanie tak szybko wyprowadzić atak, więc cholernie się zdziwiła, gdy pole widzenia przesłonił jego łokieć. Nim oberwała, zdążyła odrobinę odwrócić głowę i przyjąć uderzenie w bok twarzy. Przywalił jej naprawdę solidnie, aż dziewczynie zaćmiło się przed oczami. Cios na moment ją ogłuszył, rąbnęła ciałem o ziemię, a sztylet, który gorączkowo próbowała utrzymać w dłoni, zniknął. Poczuła w ustach metaliczny smak krwi i coś mokrego spłynęło jej po policzku.
Kurwa.
Dlaczego to znów ona leżała na glebie przed tym wielkim skurwysynem z piekła rodem?
Tym razem musiała ogarnąć sytuację szybciej niż Gabriel, więc z trudem odsunęła się od mężczyzny, powoli wstając na nogi.
- Jak ci nie wstyd uderzyć dziewczynę w twarz? - wysyczała, ścierając krew z policzka i brody. Świetnie, pęknięta warga i obita morda. Wyglądała jak po nocnej imprezie na Bronxie. - Naprawdę jesteś popieprzony.
Nieco chwiejnie zrobiła krok w jego stronę. Musiała wykorzystać okazję. Przywołała nóż i rzuciła go sobie pod nogi, jako ewentualną drogę ucieczki. Tym razem nie bawiła się w podchody, znów zmaterializowała katanę i po prostu zaatakowała Gabriela, ponownie obierając za cel jego klatkę piersiową. Zamierzała rozerwać go na strzępy. Była wkurwiona do białości i z trudem panowała nad sobą. To był ten pozytywny rodzaj wściekłości, która napędzała do działania, lecz nie tłumiła zdrowego rozsądku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Reaper
Żona Admina & Ojciec-Szlaban

Liczba postów : 198
Join date : 10/12/2016

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Czw Sie 23, 2018 10:19 pm

Averith nie miała wpojonych zasad moralnych, sumienia czy nawet człowieczeństwa, bo tak ją wychowano - czy raczej wytresowano, wypruwając z niej wszystkie niepożądane zachowania i cechy, tworząc z niej perfekcyjną maszynę do zabijania. Gabriel niemal mógłby jej tego zazdrościć, gdyby o tym wiedział; tego braku oporów, hamulców, czegokolwiek, co mogłoby ją powstrzymywać i zmusić do zawahania się. Z jednej strony było to tragiczne; prawie całe życie hodowano ją jak psa przeznaczonego do walk, zrobiono z niej bardziej zwierzę, niż człowieka, odebrano jej całe dzieciństwo i całe szczęście, jakie z tego dzieciństwa mogło płynąć. Z drugiej... brak moralności w zawodzie najemnika był cechą piekielnie ważną, i Gabrielowi momentami zdarzało się żałować, że nie udało mu się jej wypruć z siebie całkowicie, mimo najszczerszych starań. W przeciwnym wypadku może nic z tego, co miało miejsce w ciągu ostatnich dni, w ogóle by się nie wydarzyło. Ale on... miał za wiele rzeczy, do których mógłby wracać pamięcią, gdyby chciał to robić, gdyby robił to świadomie. Za dużo dobrych rzeczy, obrazów, które czasami urywkami wyświetlały mu się przed oczami i uparcie dręczyły pamięć, dopóki nie udawało mu się utopić ich w alkoholu albo zapachu prochu i krwi.
Co było gorsze - nie znać lepszego życia wcale, czy znać je i stracić?
Zabójstwa były coraz łatwiejsze; wystarczyło pociągnąć za spust. Mąż, żona, brat, siostra, syn, córka, nieważne, kim był kolejna ofiara, co znaczyła dla kogokolwiek innego, czym zasłużyła sobie na to, by wymierzyć za jej głowę nagrodę. Zabójstwa były coraz łatwiejsze; zwłaszcza, kiedy robiło się to z wyboru przez całe życie, w wojsku, na ulicy, w TARCZY, jako najemnik. Zabójstwa były coraz łatwiejsze; dni nie.
Tak, jak Averith niechętnie go podziwiała, tak równie niechętnie on darzył szacunkiem ją - już od pierwszego spotkania, tak, ale teraz tym bardziej. Nigdy nie lekceważył przeciwników, oczywiście, miał zbyt wiele rozsądku i doświadczenia, by móc oceniać poziom zagrożenia wyłącznie na podstawie czyichś gabarytów czy siły; i dobrze, że nie zrobił tego i tym razem. Averith miała na oko niecałe metr sześćdziesiąt wzrostu, była drobna, niepozorna, z daleka mogła nawet wyglądać jak dziecko - a mimo to była świetnie wyszkolona i piekielnie niebezpieczna. Oczywiście że wiedział, czego dokonała, że wymordowała całą bandę doświadczonych najemników, ale inną sprawą było usłyszeć, co potrafi, a zupełni inną doświadczyć tego na własnej skórze. A doświadczał tego dotkliwie.
Prawdę mówiąc nie pamiętał, kiedy ostatnim razem komuś udało się tak poważnie go uszkodzić w tak krótkim czasie. Ta dziewczyna zdecydowanie potrafiła korzystać ze swoich mocy i umiejętności - nawet jeśli Gabriel sprawnym okiem wyłapywał drobne błędy czy potknięcia, i tak musiał przyznać, że była dobra. I właśnie całkiem dobitnie mu to udowadniała.
Bo dostawał całkiem dobitny wpierdol.
Rana na boku nie była śmiertelna - wychodził z gorszych obrażeń, choć nie bez pomocy zwiększonej regeneracji - ale była poważna, a przede wszystkim uciążliwa. Gdyby oberwał w ramię nie byłoby to takim problemem, to mógłby znieść, ale uszkodzenie boku wpływało na całe ciało, między innymi na utrzymywanie równowagi, co teraz mogło okazać się problemem. Ostrze wbiło się naprawdę głęboko i Gabriel był pewien, że udało mu się coś uszkodzić - inaczej by tak kurewsko nie bolało, ale nawet to nie było w stanie zmusić go do odwrotu. Dopóki stał na nogach - mogło być gorzej.
Trafił ją, tyle zdążył odczuć - nieważne w co, czy w bok twarzy, czy w szczękę, w nos czy oko, ważne że odniósł zamierzony efekt; ogłuszenie, przynajmniej na chwilę, żeby zyskać trochę czasu. Niestety jednak Averith pozbierała się dużo szybciej, niż Gabriel chciał - i zakładał - więc nie zdążył zrobić nic, co choć trochę przechyliłoby szalę zwycięstwa na jego stronę. Zdołał jedynie się wyprostować, przyciskając dłoń do wściekle krwawiącego boku - kurwa, współczynnik regeneracyjny mógłby się trochę pospieszyć, zanim zachlapie swoją juchą całą okolicę - a ona już zdążyła wrócić do pionu; i jeszcze znowu pieprzyć jakieś farmazony. Mogłaby być nawet świętym, kurwa, Mikołajem, i nie miałby najmniejszych oporów przed obiciem jej mordy. Teraz to miał na to tym większą ochotę, ale żadna odpowiedź na zarzut nie przeszła mu przez gardło. Tego zresztą też nie zdążyłby zrobić, bo zanim udało mu się choćby unieść broń, Averith zamachnęła się na niego kataną, i unik błyskawicznie znalazł się na samym szczycie listy priorytetów. Odsunął się gwałtownie przed ostrzem wymierzonym prosto w jego klatkę piersiową - nie mógł zbyt często się dematerializować; już teraz zaczynał odczuwać zmęczenie z tym związane - i samo to wyszło jeszcze dobrze; głownia nawet go nie drasnęła. Ale już w momencie wykonania ruchu odczuł jego nieprzyjemne skutki - całym bokiem... nie, połową jego ciała szarpnął ostry ból, promieniujący aż do nogi, która zaprotestowała przeciwko utrzymaniu Gabriela w pionie i ugięła się pod ciężarem jego ciała. Wystarczyło tyle; zachwianie środka ciężkości, dotkliwa rana i trochę śniegu pod stopami, żeby najemnik stracił grunt i poleciał w tył, bez cienia gracji lądując na plecach. W miarę możliwości zminimalizował upadek, ale całe jego ciało - zmęczone, obolałe, bo wbrew pozorom wciąż bardzo ludzkie - zdawało się być teraz przeciwko niemu, więc i tak uderzył tyłem głowy w podłoże, na tyle mocno, że znów na moment go zamroczyło. Zabolał i tył czaszki i, tym dotkliwiej, bok, aż całą jego twarz wykrzywił grymas, a z ust wyrwało się coś na kształt jęku pomieszanego z warknięciem.
No i to by było na tyle z tego "stania na nogach".
Przy upadku z dłoni wyślizgnął mu się pistolet - to udało mu się wywnioskować od razu, choć wzrok na sekundę przykryło mu ciemne płótno. Na oślep wyciągnął dłoń, by sięgnąć po nią z powrotem, już usiłując wesprzeć się na łokciu by wstać, nawet jeśli wszystko przed oczami zdawało się być bezkształtną ciemną masą z nielicznymi przebłyskami światła.
Nie zatrzymała go nawet śmierć, więc tym bardziej nie zrobi tego ból.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Czw Sie 23, 2018 11:34 pm

Szczęśliwe życie było tym co odbierało najemnikom najwspanialsze trofea, bo te właśnie otrzymywało się za najbardziej haniebne morderstwa. Takie, w których nikt inny nie chciał uczestniczyć, bo nie pozwalały mu te strzępy moralności i to właśnie za takie zlecenia przyklejano najemnikowi łatkę “najlepszego”. Jak na ironię, to nie zasługiwali na nią mordercy wykazujący się największym kunsztem i kreatywnością w zabijaniu, a właśnie ci, dla których krzyk matki czy płacz dziecka nie znaczyły nic, ci którzy się nie wahali, ci których życia nie były warte funta kłaków i na koniec ci, którzy sprzedali swoje człowieczeństwo za kilka marnych dolarów.
Averith była kiedyś szczęśliwa, tak prawdziwie, szczerze szczęśliwa, ale każdy dobry epizod w jej życiu kończył się tragedią. Najpierw odebrano dziewczynce matkę, jedyną osobę, która jakkolwiek o nią dbała i szczerze kochała, chwilę później straciła i ojca. Oddał ją do sierocińca jak starą, zużytą zabawkę. Gdy przebudziły się jej moce, to samo zrobiły opiekunki. Bez zastanowienia postawili na dziewczynce krzyżyk, pozwalając by najemnicy położyli swoje zachłanne łapy na zdolnościach kilkuletniego dziecka. Organizacja widziała w niej jedynie broń, którą zamierzali wykorzystać. Aż w końcu pojawił się ktoś, kto pierwszy raz od wielu lat ujrzał w Averith człowieka. Choć przez chwilę czuła się szczęśliwa. A później i on wyrzucił dziewczynę do śmietnika, zabijając te resztki człowieczeństwa i nadziei na normalne życie, które jeszcze gdzieś tam się tliły. Bolało jak cholera. Wtedy ostatni raz pozwoliła się zranić, po tym spotkaniu skuła swoje serce lodem nie dopuszczając do siebie nikogo i niczego.
Przy pierwszym spotkaniu nie doceniła Ramireza. Uznała go za zwykłego popaprańca, który porwał się z motyką na Słońce, uważając siebie za nietykalną, ale to był ogromny błąd, który niemal przypłaciła życiem. Dziesięć dni temu była spanikowaną dziewczynką, a dziś była sobą. Szkoloną od przeszło dekady maszyną do zabijania. Może i nie posiadała doświadczenia Gabriela, dysponowała jednak czymś równie potężnym - żądzą zemsty za tamto upokorzenie. Poprzednio to był zwykły interes, zamordowanie kolegi po fachu to nic niezwykłego w tej branży. Natomiast jeśli ten kolega (lub koleżanka) uchodził z życiem, sprawa robiła się o wiele poważniejsza, a dla dziewczyny zaczęła być osobita. Dlatego za swój nowy cel obrała wyrwanie temu pieprzonemu mężczyźnie serca.
Frontalny atak przyniósł lepszy efekt, niż Ave początkowo zakładała. Mimo, że katana nie sięgnęła celu, to Gabriel wyrżnął się na ziemię, lepszej okazji nie można było sobie wymarzyć, w dodatku upuścił pistolet. Averith musiała działać szybko jeśli chciała zakończyć to nim mężczyzna zdąży zareagować. Widząc, że to cholerstwo z piekła rodem zaczyna wstawać i szukać broni, rzuciła się nań z całym impetem swojego ciała, materializując w dłoni sztylet, którym zamierzała upierdolić mu ten głupi łeb. Nie ważyła wiele, ale rozpędzone pięćdziesiąt kilogramów z łatwością powaliłoby do podłogi o wiele silniejszego i mniej rannego przeciwnika. Wylądowała kolanem na klatce piersiowej mężczyzny, a żeby Gabriel nie miał szans sięgnięcia po pistolet, przebiła mu dłoń swoją kataną, przygważdżając ją na stałe do ziemi. Drugą ręką przyłożyła nóż do jego gardła, uśmiechając się paskudnie. W tym momencie był dla niej niczym więcej niż ofiarą i tak właśnie na niego patrzyła.
- I tak nie miałeś szans. Słyszałeś chyba co zrobiłam z nimi? To samo zrobię z tobą. - powiedziała cichutko, niemal szeptem. Uśmiechając się jeszcze szerzej wzięła zamach, by jednym ciosem przebić gardło mężczyzny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Reaper
Żona Admina & Ojciec-Szlaban

Liczba postów : 198
Join date : 10/12/2016

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Pią Sie 24, 2018 1:02 am

Najemnicy, przynajmniej niektórzy, czasem robili rzeczy dobre - jeśli cena była odpowiednio wysoka. Nie zmieniało to jednak ani trochę faktu, że w większości przypadków, i to wcale nie niesłusznie, kojarzyli się z mordercami; bo to właśnie robili najczęściej. Zabijali. Im gorszym było się człowiekiem, tym lepszym było się najemnikiem, bo ich przydatność i wartość liczyło się w ilości odebranych żyć, w litrach przelanej krwi - to był właśnie najbardziej wiarygodny wskaźnik. Najemnicy byli niesprawiedliwym losem do wynajęcia, fałszywą karmą, którą dało się wykupić nawet za psie pieniądze, która nie zastanawiała się "dlaczego" i "za co", nie zadawała pytań, tylko robiła to, co jej zlecono - tak długo, jak było to opłacalne. "Im gorszym było się człowiekiem, tym lepszym było się najemnikiem"? Może bardziej... "im mniej było się człowiekiem".
Oboje nie mieli już w sobie z tego człowieka za wiele.
Widocznie byli do siebie podobni trochę bardziej, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać - ale wyglądało na to, że paskudna niesprawiedliwość losu była cechą, która łączyła większość najemników. Normalni, zdrowi, szczęśliwi ludzie nie bawili się w morderstwa na zlecenie i nie ryzykowali życiem za garść banknotów. Normalni, zdrowi, szczęśliwi ludzie wychodzili z psem na niedzielne spacery, skarżyli się na sąsiadów i narzekali na za wysokie rachunki. Normalni, zdrowi, szczęśliwi ludzie zakładali rodziny, kupowali dom z białym płotkiem na przedmieściach Nowego Jorku i bez oporów pili alkohol ze słoików, kiedy akurat brakowało kieliszków. Nie uganiali się wściekle za kimś, kto zrobił to, co oni i tak robili na co dzień, nie próbowali wymierzyć kary za morderstwo innym morderstwem, ani nie musieli przed taką karą uciekać. Normalni, zdrowi, szczęśliwi ludzie czytali o takich rzeczach w gazetach, albo oglądali w wiadomościach, zamiast z każdym kolejnym zleceniem zastanawiać się, czy to będzie ich ostatnie.
Gabriel nie chciał, żeby to było jego ostatnie.
Nie chodziło o to, że niegodnie byłoby zginąć z rąk kobiety, od której był jakieś trzydzieści centymetrów wyższy - taka śmierć ani trochę nie różniła się od takiej wymierzonej z rąk dwumetrowego mężczyzny. Jeśli ktoś by go zabił, to znaczyłoby tylko i wyłącznie, że był lepszy, i nic do rzeczy nie miała tu płeć, wiek czy gabaryty. Chodziło o to, że Gabrielowi nie spieszyło się na tamten świat, nie teraz, i choć zawsze brał pod uwagę możliwość, że może zginąć, zawsze za wszelką cenę chciał tego uniknąć. Tak jak teraz. Averith wciąż nie była dla niego sprawą osobistą - zlecenia nigdy nie były dla niego osobiste, osobiste było tylko mordowanie Tarczowników, nic poza tym. Pogrążyłby się zupełnie, gdyby zaczął traktować usiłowanie morderstwa jakoś coś prywatnego, za bardzo dałby się ponieść emocjom; a już i tak to zrobił.
Szanował ją, to fakt, ale teraz wydawało się, że jej śmierć nie jest już tylko warunkiem wypełnienia zlecenia, ale także warunkiem jego przeżycia. W normalnych okolicznościach rozważyłby ucieczkę, nie był samobójcą i mierzył siły na zamiary, ale nie tym razem. Rozjuszył ją. Teraz tak szybko mu nie odpuści. Widział to.
Poczuł już uchwyt broni pod palcami - sięgnął jeszcze kawałek dalej, jeszcze trochę, już prawie miał ją w dłoni...
I nie zdążył.
Pięćdziesiąt kilogramów samo w sobie nie było dużą wagą, zwłaszcza dla niego. Ale kiedy to pięćdziesiąt kilogramów uderzyło w jego pierś z całym impetem, na jakie tylko mogło się zdobyć, Gabriel musiał poważnie rozważyć, czy to naprawdę był tylko głuchy huk zderzenia, czy jednak odgłos pękającego żebra. A raczej rozważyłby to, gdyby nie miał teraz na głowie rzeczy ważniejszych - jak na przykład coraz realniejsza perspektywa stracenia tej głowy.
Wylądował z płasko na plecach - już chciał znów sięgnąć po broń, ale w tym momencie poczuł jak coś, i doskonale wiedział co, przeszywa jego dłoń na wylot i przygważdża ją w miejscu. Z gardła wyrwało mu się coś na kształt zduszonego "kurrrwa", ale na wyklinanie sytuacji niespecjalnie miał teraz czas, czując zimne ostrze na szyi. Obraz przed oczami wciąż migotał, ale nie na tyle, by nie widział niczego - dostrzegł unoszącą się dłoń i usłyszał daną mu obietnicę.
Była za bardzo pewna siebie. Zdolna - ale lekkomyślna.
A on nie zamierzał tu, kurwa, umierać.
Zdematerializowanie się w tym stanie wciąż nie wchodziło w grę, to była ostateczność; Averith praktycznie siedziała na jego klatce piersiowej, nie było więc możliwości, by mógł ją z siebie skopać, a na skomplikowane ruchy nie pozwalała mu ani bardzo krótka chwila na reakcję, ani stan fizyczny - więc zrobił jedyną rzecz, którą mógł, a o której Averith najwidoczniej nie pomyślała. Wyciągnął dłoń.
Nie miał czasu dokładnie wymierzyć tak, żeby złapać w okolicy rękojeści czy za nadgarstki kobiety, istniało zbyt duże ryzyko, że to się nie uda, więc postawił na opcję pewniejszą. Zacisnął palce wokół zmierzającego wprost na jego gardło sztyletu, mocno, i wyhamował pęd ciosu. Ostrze przebiło skórę i mięśnie, wbiło się głęboko, aż zatrzymało się na kościach śródręcza. Dłoń Gabriela przesunęła się wyżej, wsparła na jelcu sztyletu, i ani trochę nie poluzowała uścisku. Sztylet zatrzymał się centymetry od jego gardła.
Averith miała sekundę, żeby na niego spojrzeć. Zmrużone oczy i usta wykrzywione w grymasie bólu, zmarszczone brwi, krew z jego dłoni skapująca mu na szyję i brodę. I oczy, w których strachu nie było - a jeśli był, to bardzo głęboko.
Potem szarpnął, wyrwał jej sztylet z ręki, a sobie z dłoni, odwrócił go w palcach i jeszcze przez chwilę ignorując ból zamachnął się i wbił jej w bark. Następnie pchnął za rękojeść, w górę, wsparł ostrze na obojczyku i pociągnął w bok, zrzucając ją z siebie. Pięćdziesiąt kilo na jedną rękę, nawet jeśli rozciętą do kości, nie było już teraz tak ciężkie. Adrenalina robiła swoje.
Przewrócił się na bok i sięgnął do rękojeści katany - wyrwał ją, choć z trudem, i rzucił w śnieg zaraz obok. Musiał... wstać. Kurwa, Gabriel, wstawaj, nie będziesz zdychał w śniegu. Nie dzisiaj. Nie tak. Sięgnął po pistolet i z niemal nieludzkim wysiłkiem chwycił go w dłoń, choć uchwyt ślizgał się na jego własnej krwi. Bolało jak cholera - nie, bolało jak skurwysyn, ale umiał panować nad bólem. Ignorować go odpowiednio długo, żeby przeżyć.
- Trzeba było poderżnąć mi gardło.
Jego głos powinien ociekać jadem, powinien być wściekły, drżeć ze zdenerwowania i bólu; i te dwie ostatnie rzeczy Gabriel odczuwał rzeczywiście, ale zamiast tego zabrzmiał przeraźliwie spokojnie, choć słowa wypłynęły z gardła przez kurczowo zaciśnięte zęby. Podniósł się na łokciach. Wstawaj, Gabriel, nikt ci nie będzie dyktował warunków twojego przeżycia. Wsparty na jednej dłoni wyciągnął drugą i znów wymierzył w Averith, choć ramię nie było już tak sztywne i pewne, a lufa pistoletu była nachylona, przez wciąż ślizgający się na krwi uchwyt.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Pią Sie 24, 2018 7:09 pm

Dla najemnika nie miało znaczenia czy to co robi jest słuszne i społecznie akceptowane, liczył się jedynie zysk. Dobro i zło to tylko puste słowa, które nie niosły za sobą żadnej treści. Averith już dawno przestała się zastanawiać czy jej czyny przyniosą innym radość czy ból i troski, równie dobrze mogła chronić czyjeś dziecko jak i temu samemu dziecku odebrać później życie. Najemnik był narzędziem w rękach zleceniodawcy. Gdy ktoś nie chciał zajmować się brudną robotą i zaprzątać swojego sumienia, zrzucał odpowiedzialność na żądnego pieniędzy zleceniobiorcę, dla którego to nie miało żadnego znaczenia. To była ulotna znajomość bez zobowiązań, czasem nawet bez przedstawienia się. Jedno zlecenie, jeden cel, jedna zapłata i koniec, ale gdy choć jeden z tych warunków nie został spełniony sprawy przybierały zupełnie inny, zazwyczaj nieciekawy obrót. Najemnik nigdy nie odstąpi od nagrody, a i zleceniodawcy bywali zawzięci, często wyznaczając spore sumy pieniędzy za głowy niesłownych morderców.
Byli do siebie bardziej podobni, niż którekolwiek z nich sobie tego życzyło. Oboje sięgnęli dna, odebrano im wszystko, oboje poznali czym jest prawdziwy ból i nauczyli się z nim żyć, witając cierpienie z otwartymi ramionami. Z tym, że Gabriel znał inne życie, Averith nie. Mężczyzna wiedział co stracił i ile to było warte, natomiast dla dziewczyny były to jedynie kolejne puste słowa, pojęcia, których nie rozumiała, i których nigdy nie dane jej będzie zrozumieć. Szansa na szczęśliwe życie zniknęła w chwili, gdy ojciec dziewczynki zatrzasnął za sobą drzwi sierocińca, wymazując ją na zawsze ze swojej rodziny. Kilkuletnia mutantka próbowała się bronić w jedyny sposób, w jaki bronić się mogło dziecko - zamykając się w sobie i uciekając. Nigdy nikomu nie wyznała tego co czuła, jak bardzo została skrzywdzona, bo i tak nie było ramienia, w które mogłaby się wypłakać, ani osoby, do której mogła się przytulić, zamiast tego smutki topiła w alkoholu. A jedynych ludzi, widzących w niej cokolwiek więcej niż śmiecia zabiła, bo uznała wtedy, że te więzi ją ograniczają i chciała być posłuszna tylko samej sobie.
Żałowała? Owszem. Najemnicy byli okrutni, znęcali się nad nią i traktowali jak przedmiot, ale gdy do nich należała miała przynajmniej miejsce, które mogła nazwać marną namiastką domu. Teraz nie miała nic.
W tym momencie, jak i wcześniej w barze, Gabriel stanowił dla dziewczyny przeszkodę nie do przeskoczenia. Nigdy wcześniej nie walczyła z takim przeciwnikiem. Wśród najemników, u których się wychowała nie było nikogo kto mógłby jej zagrozić w bezpośrednim starciu. Dysponowali wachlarzem przeróżnych stylów walki, taktyk czy trucizn, ale mimo wszystko wciąż pozostawali ludźmi. W takim starciu mutacja dawała dziewczynie przewagę tak ogromną, że z łatwością pokonywała wszystkich. Ramirez był zupełnie inną kategorią, nie dość, że jego organizm również był ulepszony, górował nad nią nie tylko siłą fizyczną czy wzrostem, ale i doświadczeniem, którego młoda najemniczka nie miała kiedy nabyć. Większość życia spędziła trenując w siedzibie, prawie nie wychodząc w teren. Jej nauczyciele nie zaniedbywali umiejętności walki wręcz, ale nie oszukujmy się, najemnicze ścierwa to nie wojownicy, a skrytobójcy, którzy zabijają szybko i po cichu. Umiejętności, podobnie jak nieużywane mięśnie, zanikają, a przed dłuższy czas dziewczyna z nich nie korzystała. Dlatego teraz nie radziła sobie najlepiej i mimo przewagi nie była w stanie wbić swojego noża w serce mężczyzny ani rozerwać mu gardła na strzępy.
W tym pojedynku, osobistym czy nie, przestały liczyć się pieniądze. Oboje stawiali na szali swoje życia.
Mogłam się, kurwa, tego po nim spodziewać.
Poświęcenie ręki nie było wielką ceną, jeśli w grę wchodziło ochronienie tętnic na szyi. Dziewczyna wydała z siebie jęk frustracji, który po chwili przerodził się w krzyk bólu. Była w szoku i tylko dlatego pozwoliła się zrzucić, a wszystkie ostrza zniknęły.
Nikt wcześniej tego nie dokonał. Broń całkowicie posłuszna jej woli, tym razem została wykorzystana przeciwko niej, jeśli wcześniej dziewczyna myślała, że Gabriel jest niezły teraz uznała, iż jest świetny. Zignorowała jego słowa, bo zwyczajnie miała ciut ważniejsze sprawy na głowie niż odpowiadanie na zaczepki.
Nie mogła pozwolić sobie na wylegiwanie się w zimnym jak cholera śniegu, zwłaszcza, że mężczyzna, chwiejnie, bo chwiejnie, ale stał na własnych nogach. Rana cholernie dawała się we znaki, ale Ave nie miała czasu na takie błahostki. Zamiast wstawać, przeturlała się pod ławką, zostawiając za sobą czerwony ślad, zwiększając w ten sposób dystans między sobą i Gabrielem, i wiedziała już czego musi użyć.
Choć wykorzystanie pełnego Armigera oznaczałoby śmierć, to skorzystanie z małego ułamka tej mutacji powinno wystarczyć, by znów zdobyć przewagę. Przywołała sztylet i nim pojawił się na dobre, wysłała go w stronę mężczyzny. Utrzymanie tego stanu kosztowało ją wiele wysiłku, ale w momencie, w którym ostrze utkwiło w plecach mężczyzny, na wysokości ramienia, stwierdziła, że było warto. Od razu, korzystając z teleportacji, przeniosła się do noża, zmaterializowała drugi, celując w to jedno miejsce na ludzkich plecach, którego przebicie prowadziło wprost do serca. A ona z wielką rozkoszą to skurwysyńskie serce uciszy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Reaper
Żona Admina & Ojciec-Szlaban

Liczba postów : 198
Join date : 10/12/2016

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Pią Sie 24, 2018 9:01 pm

Ktoś musiał brudzić sobie ręce, żeby w tym czasie ktoś inny - mniej odważny, mniej zdesperowany, a najczęściej to przede wszystkim po prostu bogatszy - mógł siedzieć bezpiecznie na swoim miejscu i przejmować się tylko tym, czy nie straci pieniędzy, zamiast kalkulować szanse swojego przeżycia. Najemnicy byli specjalistami od brudnej roboty; nieważne jakiej. Najczęściej były to morderstwa, wydawało się, że w tym najemnicy są gatunkowo specjalistami - na to był największy popyt a, jak wiadomo, podaż w tym wypadku też musiała się zgadać; rynek usługowy jak każdy inny, tylko bardziej krwawy i mniej legalny. Nie miało jednak znaczenia, czy należało kogoś zabić i okraść, czy przed śmiercią czy obrabowaniem ochronić tak długo, jak w grę wchodziły pieniądze. Najlepszym najemnikom było zupełnie obojętne, jakiego zlecenia się podejmowali - mieli swoje standardy, ale standardy pieniężne, nie moralne. Z moralności nie dało się wyżyć.
Widocznie nie dane im było prowadzenie szczęśliwego życia; albo przynajmniej życia przeciętnego, znośnego, na które można było narzekać, ale które w gruncie rzeczy po prostu się... żyło, zamiast cierpiętniczego przechodzenia z dnia na dzień. Gabriel nie narzekał, nigdy tego nie robił, nie lubił zbędnych słów, które i tak nie zmieniały jego sytuacji, ale nigdy nie prosił się o to, co go spotkało - tak, jak Averith nie prosiła się o swoje życie, i tak jak wielu przed nimi, wielu teraz i wielu w przyszłości im podobnych. Życie widocznie miało swój plan dla każdego; szkoda, że dzieliło "szczęście" i "pecha" tak niesprawiedliwie. Można to było zaakceptować, można było z tym żyć, ale ludzie pozostawali tylko ludźmi i mieli swoje granice. Czasem je przekraczali, bo tak było najłatwiej i najwygodniej, a czasem dlatego, że nikt nigdy nie pokazał im innej drogi. A potem już nie było odwrotu.
Gabriel nie był sentymentalistą, a w każdym razie starał się nie być. To, co stało się w przeszłości, należało do przeszłości - tak powinno być. Zamiary często różniły się jednak od rzeczywistości, i tak było i w tym przypadku; bo Gabriel nie potrafił zostawić poprzedniego życia za sobą. Może nawet nie do końca próbował, może zemsta wydawała mu się najlepszym, a może w ogóle jedynym rozwiązaniem, a teraz i tak było za późno, by się z tego wycofać. Czasem przewracał oczami i pytał samego siebie, co to ma w ogóle na celu - ale zamiast szukać odpowiedzi, szukał tylko kolejnego nazwiska i kolejnego magazynku. Prosty schemat.
Szkoda że w praktyce już tak prosto nie było. Nawet w przypadku pozornie zwykłego zlecenia - takiego jak to.
Wszystko szło piekielnie niezgodnie z jakimkolwiek planem, choć plan był zasadniczo bardzo prosty - odstrzelić jej łeb i dostarczyć na to dowód zleceniodawcy. Z tym że Averith nie spieszyło się na tamten świat równie mocno co i jemu, i w przeciwieństwie do większości celów, jakie Gabriel miał okazję wyeliminować w trakcie trwania swojej najemniczej kariery, znakomicie jej to unikanie śmierci wychodziło. Nie była pierwszym problemem, jaki napotkał na swojej drodze, ale nadeszła najwyższa pora, by uznać ją za jeden z największych. Gabriel miał moce, lata szkolenia i praktyki oraz przewagę gabarytową, a mimo to... przegrywał. I był tego świadom.
Odczuwał wyraźnie utratę nieco zbyt dużej ilości krwi, nawet jak na jego standardy. Kręciło mu się w głowie, obraz momentami stawał się rozmazany, innymi słowy - przepierdolone. W dodatku ledwo był w stanie utrzymać pistolet w dłoni, a na domiar złego problem z utrzymaniem równowagi stawał się coraz większy - choć przynajmniej udało mu się podnieść do pionu, ale to i tak nie napawało szczególnym optymizmem. Tak źle dawno nie było, i choć przyzwyczajony i przystosowany był do znoszenia bólu i obrażeń, i tak zapowiadało się to dla niego z minuty na minuty coraz gorzej. Jeszcze chwila i jedyną opcją, która pozwoli mu wyjść z tego we względnie jednym kawałku, będzie ucieczka.
Averith umknęła zanim zdążył nawet nacisnąć na spust, znowu. Powiódł za nią spojrzeniem, odwracając się i poprawiając pistolet w dłoni, która też z lekka odmawiała współpracy, ale, jak się okazało, to też nagle stało się znacznie mniejszym problemem, niż było jeszcze sekundę wcześniej. Początkowo pomyślał, że czeka go powtórka z rozrywki - kolejny festiwal szatkowania, którego tak bardzo chciał w tym podejściu uniknąć, a którego z całą pewnością w obecnym położeniu uniknąć by nie był w stanie. Skończyło się jednak tylko na jednym nożu... przed którym i tak nie udało mu się umknąć, bo zaraz poczuł, jak ostrze wbija się w jego plecy na wysokości barku - sarknął z bólu i zaskoczenia i zachwiał się ponownie, ale zdawało się, że i tak miał sporo szczęścia, że broń dosięgła go tam, a nie podzieliła jego kręgosłupa na dwie części. Zaraz Averith zniknęła z jego pola widzenia, a on już doskonale wiedział, gdzie zamierza pojawić się tym razem.
I był na to przygotowany.
Kiedy tylko znalazła się za jego plecami sięgnął w tył i, uparcie ignorując nagłe, gwałtowniejsze szarpnięcie bólu, złapał ją ramię. Następnie pociągnął, pochylił się nieco do przodu, i - w tym stanie nie bez pewnego wysiłku - przerzucił ją sobie przez bark jak szmacianą lalkę. Mogła się spodziewać nieprzyjemnego uderzenia o ziemię, ale zamiast tego Gabriel oplótł ją ramieniem na wysokości żeber, unieruchamiając ją tuż przed sobą - i podniósł drugą dłoń, przykładając lufę pistoletu do jej skroni, tak, że mogła poczuć, jak zimna stal wrzyna się jej w skórę.
A potem pociągnął za spust.
Zamiast upragnionego huku wystrzału, który niósłby za sobą wiadomość, że zlecenie w końcu, nareszcie, zostało wykonane, Gabriel usłyszał tylko głuche, puste kliknięcie, które zadudniło mu w uszach wyraźniej niż jakikolwiek inny odgłos.
Zaciął się.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Sob Sie 25, 2018 8:45 pm

Ile to skurwysyństwo miało w sobie siły? Jak bardzo trzeba go uszkodzić żeby w końcu padł martwy u jej stóp? Normalny człowiek już dawno by się poddał, prawie każdy najemnik miałby dość, ale nie on. Cały czas walczył, a co gorsza, robił to skutecznie. Nawet teraz, mimo tych wszystkich ran, niemal bez wysiłku przerzucił ją sobie przez ramię i unieruchomił. Dziewczyna syknęła z bólu, bo owijając swoją rękę wokół jej ciała, Gabriel naruszył ranę w jej barku, ale jak się później okazało, był to najmniejszy z problemów. Gdy tylko zacieśnił uścisk, ciało Averith zareagowało instnktownie, złapała go za przedramię, i próbowała odepchnąć jego ramię, ale był zbyt silny. Nim zdążyła się uwolnić, mężczyzna przycisnął jej pistolet do skroni. Chłód stali ją sparaliżował, dosłownie, dłonie dziewczyny zamarły, wciąż ściskając rękaw kurtki Gabriela. Najemnik mógł poczuć jak sztylet w jego plecach znika, tak samo zachowało się ostrze, którym chciała przebić jego serce. Jej niewielkie ciało zaczęło drżeć.
Gdyby mężczyzna spojrzał wtedy w oczy mutantki nie zobaczyłby hardej najemniczki nie do złamania, a zwykłą, bardzo przerażoną dziewczynę. Miała nieco ponad dwadzieścia lat i jeszcze kawał życia przed sobą. Może i było beznadziejne, pozbawione szczęścia, pełne bólu, i przynoszące coraz więcej cierpienia, ale było jej i innym nie dysponowała. Zawsze powtarzała, że jej życie nie ma wartości, wręcz prosząc by ktoś je wreszcie zakończył, ale gdy groźba śmierci stała się realna, tak prawdziwie realna, za żadne skarby nie chciała umierać. Nie jeden raz mierzono do niej z bronij, rzucano w nią nożami czy bito, ale zawsze miała drogę ucieczki, z której mogła skorzystać, a tym razem po prostu przegrała. Jej ofiary pewnie czuły się podobnie, gdy stawała przed nimi w roli kata. Różniła się od nich tym, że ona walczyła i przegrała, wiedziała, iż to w jakiej sytuacji się znalazła jest tylko i wyłącznie jej winą. Była dobra, ale Gabriel po prostu okazał się lepszy, a skoro tak, miał pełne prawo odebrać swoją nagrodę.
Nie wiedziała ile czasu minęło od kiedy przyłożył jej broń do skroni do momentu aż pociągnął za spust, ale miała wrażenie, że powinna liczyć go w godzinach. Oparła głowę o niego, czekając na śmierć, która nigdy nie nadeszła. Zamiast huku usłyszała najpiękniejszy dźwięk na świecie - odgłos zacinającego się pistoletu. To jakże charakterystyczne kliknięcie dało jej ogromnego kopa do działania. Miała ochotę paść na kolana i zapierdalać na klęczkach do Częstochowy dziękując Bogu czy innemu cholerstwu, które po raz kolejny uratowało jej dupę, ale zamiast modłów, postanowiła wykorzystać swoją szansę i uwolnić się z objęć śmierci. Puściła rękaw Gabriela i sięgnęła do ręki, w której trzymał broń. Złapała zakrwawioną dłoń mężczyzny, po czym szarpnęła mocno, aż poczuła, że jego nadgarstek ustąpił, łamiąc się. Miała w sobie takie ilości adrenaliny, że przestały docierać do niej jakiekolwiek bodźce, więc ani chłód, ani ból nie przeszkadzały w działaniu. Korzystając z okazji uwolniła się z uścisku Gabriela, złapała broń, którą upuścił i oddaliła się na odległość kilku kroków, mierząc do niego z jego własnego pistoletu, i ciężko dysząc. Widziała, że i tak nie wystrzeli, ale to był odruch. W tym samym czasie zmaterializowała sztylet, gotowa nim rzucić w każdej chwili.
- Trzeba było użyć noża - powiedziała cicho. Ręce wciąż nieco jej drżały, ale prócz tego była całkowicie spokojna. - One się nie zacinają.
Całkowicie skupiła się na mężczyźnie. Najchętniej skorzystałaby z Armigera i po prostu pokroiła go na kawałeczki, ale już raz uniknął takiej śmierci, gdyby jakimś cudem udało mu się to po raz kolejny, dziewczyna byłaby całkowicie bezbronna. Już teraz była zmęczona, bo używanie choć ułamka tej mutacji kosztowało ją bardzo wiele energii, więc jakikolwiek większy wysiłek zakończyłby się omdleniem, a na to nie mogła sobie pozwolić. Nie mogła też założyć, że całkowicie rozbroiła Gabriela, bo jeśli się myliła to istniała szansa, iż znów obudzi się z lufą przy skroni. Najemnicy rzadko wychodzi gdziekolwiek z tylko jednym egzemplarzem broni, nawet na wieczorny spacer z psem zabierali pół arsenału. Zwłaszcza ci lepsi zawsze chodzili przygotowani na niemal każdą ewentualność, a ten cholerny frajer z God Modem niewątpliwie zaliczał się do tych najlepszych. Prawdopodobnie bez nogi i dwóch rąk byłby większym zagrożeniem niż połowa tej nieszczęsnej hołoty tytułująca się mianem najemników, przynosząca hańbę swojej profesji. Dlatego, pierwszy raz od kiedy Ave spotkała Gabriela w barze, nie rzuciła się szaleńczo do ataku, by jak najszybciej zakończyć jego życie, ale cierpliwie czekała na ruch mężczyzny. Była w tej luksusowej sytuacji, że to nie ona wykrwawiała się na śmierć. Rana w ramieniu, rozcięta warga i opuchnięty policzek przeciwko kilku dziurom w ciele, rozwalonym dłoniom i złamanemu nadgarstkowi to całkiem niezły bilans. Mogła pozwolić sobie na cierpliwość, bo tym razem to nie jej czas się kończył, ból promieniujący od rozwalonego barku do przyjemnych nie należał, ale dało się z nim żyć, a ignorowanie go nie było aż tak trudne, natomiast jej przeciwnik zdawał się ledwo stać na nogach. Choć bardzo chciała uwierzyć, że mierzący ponad metr osiemdziesiąt kawał chłopa zaraz padnie u jej stóp z wycieńczenia, nie pozwoliła sobie na zbyt dużo nadziei.
W głowie układała nowy plan, wiedziała co musi zrobić by raz na zawsze uwolnić się od depczącego jej po piętach Gabriela. Była zmęczona ciągłym patrzeniem za siebie czy gdzieś za rogiem nie czai się żądny nagrody najemnik.  Niezależnie od tego czy zabije go w tym momencie czy nie, musiała znaleźć człowieka, który wyznaczył nagrodę za jej łeb i poważnie z nim porozmawiać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Reaper
Żona Admina & Ojciec-Szlaban

Liczba postów : 198
Join date : 10/12/2016

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Nie Sie 26, 2018 9:23 pm

Uparcie nie wierzył w szczęście czy pecha, na pewno nie w takich sytuacjach, na pewno nie w takich okolicznościach, powierzając winę lub zasługę za wszystko kwestii umiejętności albo mniejszych lub większych zrządzeń losu. Nie wierzył też w Boga ani jakiekolwiek jego widzimisię czy szczególne plany. W karmę... też niespecjalnie, bo życie nie było na tyle sprawiedliwe, żeby wszystkie czyny odpowiednio karać lub nagradzać. W los? Może trochę. Zasadniczo wierzył głównie w siebie i to, co potrafił i wiedział, zawierzając całe swoje życie tylko i wyłącznie sobie i nikomu - ani niczemu - innemu.
Ale to?
Albo miał wyjątkowego pecha, albo wszelkie możliwe siły wyższe, których istnienie zdarzało mu się dość zawzięcie negować, zmówiły się przeciwko niemu. Jakby niespodziewanie puste szczęście, nieistniejący Bóg i wątpliwa karma spotkały się na herbatce i uknuły plan, jak by tu Gabrielowi dodatkowo skomplikować życie, żeby się jeszcze pomęczył i miał jeszcze bardziej przesrane, niż już i tak miał, bo to przecież takie zabawne. Gdyby wierzył w takie rzeczy pewnie zacząłby podejrzewać, że to zlecenie jest jakieś przeklęte, albo Averith jest jakąś Ulubienicą Losu, bo to, co się działo, przerastało powoli jego umiejętności tłumaczenia sobie źródła pewnych spotykających go w życiu rzeczy. O ile fakt, jak tragicznie szły mu próby wykonania na niej morderstwa mógł sobie jeszcze dość prosto wyjaśnić choćby tym, że ta dziewczyna faktycznie była bardzo dobra, o tyle to...
No chyba sobie, kurwa, jaja robicie.
W ułamku sekundy, dosłownie, przeanalizował sytuację - dbał o swoją broń, oczywiście, że dbał, był przecież najemnikiem, od sprawności jego broni zależało nie tylko prawidłowe wykonywanie pracy, ale też przeżycie; ale nawet najlepiej zakonserwowana broń czasami się zacinała. Zwłaszcza jeśli przedtem zdążyła grzmotnąć w ziemię i poleżeć chwilę w śniegu, a w dodatku była wystawiona na piekielne zimno - którego może Gabriel tak dotkliwie nie odczuwał, ale widocznie pistolet już trochę tak. Zatem prawdopodobieństwo, że coś takiego się wydarzy, istniało; inna sprawa że było porównywalne z tym, że Gabriel dożyje starości, czyli jakoś... wybitnie niskie. No ale, jak widać, życie faktycznie go nienawidziło. Naprawdę, przednio się bawił w roli zabawki w rękach losu, najwidoczniej posiadającego psychikę jedenastolatka, który w słoneczne dni przypala mrówki za pomocą lupy, a jak nikt nie patrzy to wyciska wodę z gąbki do tablicy do kubka z kawą nauczycielki matematyki.
Może nawet naszła go ochota, by w przypływie frustracji wściekle rzucić pistoletem o ziemię, ale, po pierwsze - on z całą pewnością jedenastu lat nie miał, i nie zamierzał się zachowywać, jakby miał, po drugie - było to absolutnie pozbawione sensu i jakiejkolwiek wartości strategicznej, a po trzecie - no jakże by inaczej, tego też by zrobić nie zdążył.
Przez sekundę naprawdę gotów był uwierzyć, że w końcu udało mu się wypełnić zlecenie - że spełnił swoją "powinność", wykonał powierzone mu zadanie, i będzie mógł wrócić po swoje pieprzone pieniądze i w końcu zacząć normalnie funkcjonować na zakończenie tego cholernego sezonu świątecznego, który rok rocznie wybitnie psuł mu nastrój. Przez sekundę naprawdę wydawało mu się, że nareszcie ją dorwał, i że teraz nie ma już żadnej drogi ucieczki z sytuacji - bo dlaczego miałby myśleć inaczej. Dlaczego miałby zakładać, że broń zdradzi go akurat w takim momencie?
A jednak.
Dał się zaskoczyć o sekundę za długo. Już gotów był przesunąć ramię na jej szyję i ją udusić - albo skręcić jej kark, co też byłby w stanie zrobić. Albo przynajmniej uderzyć ją bronią w czaszkę, ogłuszyć i wtedy dokończyć zadanie, ale Averith, cudownie uratowana przez pomocną dłoń jakiegoś nadnaturalnego cholerstwa, dostała nagłego zastrzyku motywacji i energii i zareagowała pierwsza. Mogła być dużo niższa i dużo drobniejsza, co stawiało jej na przegranej pozycji w przypadku bliższego kontaktu, kiedy niespecjalnie mogła się bronić, ale była za to szybka. I piekielnie zdeterminowana, żeby wyjść z tego żywo.
A poza tym miała trochę więcej siły, niż można było przypuszczać.
Nadgarstek trzasnął nieprzyjemnie, i o ile wcześniej Gabrielowi udawało się utrzymywać broń w dłoni, o tyle teraz nie był już w stanie - palce mimowolnie się rozluźniły, kiedy po całym ramieniu przepłynęła fala bólu. Gabriel sarknął gardłowo, znowu dusząc w sobie - chyba przede wszystkim odruchowo - jakikolwiek potencjalny krzyk. Averith uwolniła się z jego uścisku, a on drugą dłoń oplótł kurczowo wokół wykręconego pod nieco nienaturalnym kątem nadgarstka i cofnął się o krok, krzywiąc się z bólu i patrząc na dziewczynę, która najwidoczniej była skuteczniejsza w mordowaniu jego, niż on był w mordowaniu jej.
Praktycznie nie zwrócił uwagi na to, co powiedziała - choć jakże ironicznie sparafrazowała jego własną myśl z ich pierwszego spotkania, i to najwidoczniej myśl bardzo trafioną. Zanalizował tylko błyskawicznie sytuację; on zdołał jedynie uderzyć ją w twarz i dźgnąć jej własnym nożem, podczas gdy ona pokiereszowała mu bok, obie dłonie, plecy i złamała nadgarstek, umieszczając go w stanie, który mieścił się gdzieś pomiędzy "źle" a "kurewsko źle", z każdą minutą zbliżając się coraz bardziej do tego drugiego.
Miał wyjątkową ochotę rzucić się na nią choćby po to, by odebrać jej jego broń - jakkolwiek poważnie go dzisiaj zawiodła, to Gabriel wyjątkowo nie lubił, kiedy ktoś dotykał jego rzeczy, a już tym bardziej, kiedy z tych jego rzeczy do niego celował, nawet jeśli nie było to szczególnie potrzebne. Musiał jednak przyznać przed sobą że przegrał. Po prostu - przegrał, i jeśli chciał w ogóle wyjść z tego we względnie jednym kawałku, to przyszedł najwyższy czas, żeby przegraną tę zaakceptować i się wycofać, dopóki był jeszcze w stanie to zrobić.
Nie zamierzał potraktować tego jako swojego ostatniego słowa - bardziej jak urwane zdanie, które zdecydowanie planował dokończyć... ale jeśli zaraz się stąd nie ewakuuje i nie doprowadzi do porządku, to mogą to być jednak jego ostatnie słowa. I to nie tylko w przypadku tego zlecenia, ale ostatnie w ogóle, a Gabrielowi naprawdę nieszczególnie spieszyło się do odwiedzenia własnego grobu w najbliższym czasie. Piekielnie nie lubił cmentarzy, i ani trochę nie zamierzał tak po prostu pozwolić się wysłać na jeden z nich nie w charakterze odwiedzającego, a honorowego gościa. Zakładając, że ktoś w ogóle zadbałby o to, żeby jakkolwiek go pochować. Ponownie.
W tym momencie nie był to najlepszy pomysł, ale, niestety, jedyny, jakim Gabriel dysponował - jedyny, który faktycznie pozwoli mu jakkolwiek wyjść z tej sytuacji. Dematerializowanie się w takim stanie niosło za sobą całkiem spore ryzyko utraty przytomności z wycieńczenia, ale lepsze takie ryzyko niż dziewięćdziesiąt procent szans na to, że w przeciągu następnych pięciu minut zostanie zaszlachtowany. Nie miał innego wyboru. Skrzywił się ponownie, posyłając Averith ostatnie spojrzenie, i rozpłynął się w cieniu.
Ucieczka? Jak najbardziej. Tchórzostwo? Nieszczególnie. Bardziej... zdrowy rozsądek. Powinien był to zrobić już jakiś czas temu, ale uparcie liczył na to, że jednak zdoła wypełnić zlecenie. Nie był jednak samobójcą, a sytuacja zrobiła się zbyt niekorzystna dla niego, żeby w ogóle zamierzał dalej próbować. Daleko w ten sposób nie ucieknie, był na to zdecydowanie zbyt zmęczony, ale przynajmniej odpowiednio, żeby zostawić Averith na tyle daleko za sobą, by nie zdołała go znaleźć.
Tylko co dalej?
Cóż, to... bardzo dobre pytanie.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Averith
Strażnik Chatboxa & Inteligencja 3

Liczba postów : 90
Join date : 20/10/2017

PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   Pon Sie 27, 2018 8:05 pm

Averith nigdy nie była jakoś szczególnie przesądna czy wierząca, zawsze zawierzając swoje życie jedynie własnym umiejętnościom, ale z każdą kolejną chwilą tego spotkania, zaczynała wątpić w słuszność takich podejrzeń. Czy to bóg czy szczęście, coś musiało czuwać nad jej losem, bo niemożliwym było, że aż tyle razy wywinęła się śmierci o włos, jedynie za sprawą posiadanych zdolności. Jedyne w co od zawsze bezwarunkowo wierzyła była sprawiedliwość, za każdy czyn czeka kara, równowarta popełnionej zbrodni. Jeśli pomagasz ludziom - zostaniesz nagrodzony, jeśli odbierasz im życia, spotka cię równie ogromna krzywda. Każda decyzja niosła za sobą konsekwencje, z którymi człowiek musiał się zmierzyć, bo od odpowiedzialności nigdy nie dało się uciec ani przerzucić jej na kogoś innego. To było coś więcej niż karma, bowiem ta zależna jest od woli Bożej, a sprawiedliwość, w którą wierzyła dziewczyna dotyczyła tylko i wyłącznie działań człowieka.
Determinacja to jedyna rzecz, jaka trzymała Averith przy życiu od wielu lat, więc i tym razem było podobnie. Zamiast poddać się i rozpaczać, walczyła ze wszystkich sił by pozostać przy życiu. Jej wściekłość sięgnęła zenitu, gdy Gabriel bezpowrotnie rozpłynął się w powietrzu. Ave wrzasnęła w wybuchu frustracji i rzuciła nożem w miejsce, w którym przed chwilą stał mężczyzna, ale było za późno - uciekł. Chwilę później w ślad za ostrzem poleciał pistolet. Oczywiście, że się zmył. Nie był idiotą, który za wszelką cenę musi osiągnąć cel, o nie. Dziewczyna na jego miejscu zrobiłaby to samo, zresztą analogiczna sytuacja miała miejsce w barze, z tym, że to ona zwiała w obawie o swoje życie. Ave mogła ruszyć w pościg, ale nie miała żadnych poszlak, w którą stronę mógł uciec mężczyzna. W takim stanie raczej nie powinien odejść daleko, ale to i tak przypominałoby poszukiwanie igły w stogu siana. Gabriel był inteligentny i doświadczony, wiedział kiedy należy odpuścić, bo ryzyko stawało się zbyt duże.
Gdy emocje opadły, a poziom adrenaliny unormował się, do Averith zaczęły docierać różne bodźce, takie jak chłód czy ból. Podeszła do miejsca, w które rzuciła pistolet, podniosła go i schowała pod kurtkę, w końcu stanowił niejako jej trofeum. Później skierowała swoje kroki w stronę ławki, na której dalej leżały zakupy, obecnie w opłakanym stanie. Pomidory wyglądały jak czerwona papka, zmieszana z alkoholem i kawałkami szkła, a do kompletu połamany makaron. Nie było nawet sensu taszczyć tego do mieszkania, więc zostawiła torbę i powoli ruszyła w stronę swojego nowego lokum.
W jej głowie właśnie narodził się plan na najbliższy okres - polowanie na myśliwego, którego zamierzała się podjąć wymagało wielu przygotowań, więc nie mogła zmarnować ani sekundy. Pierwszą bitwę wygrał Gabriel, w drugiej zwyciężyła mutantka, które z nich wygra wojnę, okaże się przy kolejnym spotkaniu. Dziewczyna ani na chwilę nie wątpiła, iż do niego dojdzie, w końcu najemnik upomni się o swoje i ponownie spróbuje ją zabić, chyba, że dziewczyna znajdzie go pierwsza.
Już teraz miała mocno przejebane, co jeśli nagrodą za jej łeb zainteresuje się ktoś bardziej niebezpieczny niż przypadkowy morderca z Bronxu? Mężczyzna, z którym się męczyła był świetny, ale nie należał do elity, przynajmniej Averith nie słyszała o nikim takim. Nie daj boże zleceniem zająłby się ktoś niemal legendarny wśród najemników, na przykład taki Reaper. Na samą myśl mutantce robiło się słabo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Sponsored content



PisanieTemat: Re: [2013] Bronx, Nowy Jork   

Powrót do góry Go down
 
[2013] Bronx, Nowy Jork
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
 Similar topics
-
» Nowy Świat

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Avengers Assemble :: Rozgrywki fabularne :: Mroki dziejów-
Skocz do: