IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 [1944] Alpy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

Gość
Gość


PisanieTemat: [1944] Alpy    Pon Maj 22, 2017 8:45 pm

Alpy Francuskie
Grudzień, 1944


Alpy to najwyższy łańcuch górski Europy o długości około 1200 km. Najwyższym szczytem jest Mont Blanc znajdujący się na granicy francusko-włoskiej, o wysokości 4810 m n.p.m.; Alpy znajdują się na terenie kilku europejskich państw, w tym Szwajcarii, Francji, Austrii czy Niemiec.
Podczas II wojny światowej Alpy były regionem stosunkowo spokojnym. Ze względu na niesprzyjające warunki geograficzne prowadzenie ofensywy na ich terenie było bardzo utrudnione.


Ostatnio zmieniony przez Kanaya Maryam dnia Wto Maj 23, 2017 12:04 am, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down

Gość
Gość


PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Pon Maj 22, 2017 9:14 pm

Kanaya nienawidziła zimy.
Pozostałe trzy pory roku były naprawdę do zniesienia - wprawdzie jesienią Alpy tonęły w deszczu i łatwo było się połamać, spadając ze śliskich skał lub ześlizgując się po błocie, ale można było przywyknąć do trudnych warunków, wystarczyło zdobyć trochę doświadczenia. Ale zima... zimą było tragicznie. Tego roku Matka Natura jak zwykle pokazała się ze swojej najlepszej strony, nie szczędząc śniegu, który okrył grubą warstwą alpejskie szczyty, stoki i zbocza. Wszystko ugrzęzło pod pierzyną bieli, i być może byłby to widok całkiem urokliwy... ale na pewno nie dla Kanayi, która zmuszona była ostrożnie i mozolnie przedzierać się przez zaspy, godzinami snując się między drzewami.
Można było nazwać ją tchórzem, ale miała dość. Spędziła na Ziemi... już tyle lat! Widziała rewolucje, przeżyła pierwszą wojnę światową, nie miała ochoty uczestniczyć w drugiej. Nie chciała nawet oglądać tego horroru i terroru, który za bardzo kojarzył jej się z rodzimą Alternią. Początkowo nawet próbowała się zaangażować, jakoś pomóc, cholera, była sanitariuszką! Ale w końcu zaczęła mieć dość widoku ludzi wyżynających się nawzajem, nie chciała znów tego widzieć - więc uciekła. Wariowała od wszechobecnego zapachu krwi, więc zaszyła się gdzieś, gdzie miała wielką szansę by nie spotkać nikogo - w Alpach. W kompletnej samotności wśród górskich szczytów, w samym sercu absolutu. Ukryła się w grocie, która w porównaniu z masakrą toczącą się gdzieś w dole była miejscem naprawdę przyjaznym.
Było... znośnie. Musiała wprawdzie żywić się obrzydliwą krwią zwierzęcą, która wywoływała w niej chęć zwymiotowania całego żołądka do kompletu z jelitami, ale nie zamierzała narzekać. Zresztą... nie miała komu, nie zamieniła z nikim słowa od kilku miesięcy. Rozmawiała co najwyżej sama ze sobą. Pierwsze miesiące nie były takie złe, ale teraz, kiedy nadeszła zima, wszystko zrobiło się znacznie trudniejsze. A Kanaya... chyba powoli zaczęła dziczeć.
Brnęła uparcie przez śnieg, opatulona ciasno wytartym, starym płaszczem, który przy jakiejś okazji, dłuższy czas temu, zdarła z martwego niemieckiego żołnierza. Zresztą, nie tylko to mu zabrała; za pas wciśnięty miała pistolet P08 Parabellum a przez ramię przewieszony MP 40. Dramatycznie kończyła się jej amunicja.
Przetrząsnęła już kawał lasu w poszukiwaniu czegokolwiek żywego, co mogłaby szybko zamordować, pozbawić krwi i zjeść. Jak do tej pory bez większego sukcesu. Przeklinała w myślach cholerną alpejską faunę, która zdecydowanie nie chciała dać się jej znaleźć i uratować ją przed dalszą głodówką. Jak tak dalej pójdzie odgryzie sobie rękę.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 254
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Wto Maj 23, 2017 2:15 pm

Steve też nie bardzo przepadał za zimą. Zima kojarzyła mu się ze śmiercią mamy, wyrzuceniem na bruk i zimnem, które trzęsło jego wątłym ciałem mocniej niż każdym innym zdrowym człowiekiem. Teraz praktycznie nie odczuwał zimna, przez podniesioną temperaturę ciała, ale wciąż groziły mu odmrożenia. Dlatego jego strój zimowy był ciepły, puchaty i biały, aby przypadkiem jakiś nazista nie wypatrzył go biegnącego w granatowej kurcie. I choć nie musiał się martwić o odmrożenia, to pozostawała kwestia agentów HYDRY. Ucieczka próbnym samolotem nie była najlepszym pomysłem na jaki Kapitan w stresie mógł wpaść. Chwała jednak przemyślnemu konstruktorowi, która zostawił w pojeździe spadochron, dzięki któremu Steve nie musiał sprawdzać czy śnieg działa wystarczająco amortyzująco. Niemniej, był wycieńczony i osłabiony, a na dodatek miotało nim górskie powietrze, bawiąc się Kapitanem jak lalką. Koniec końców, jego uszkodzony w którymś momencie spadochron zrzucił Steve'a na gałęzie drzew, gdzie zawisł, niczym kukiełka, nieprzytomny. Cała akcja miała miejsce w nocy, dlatego nikt szczęśliwie nie zauważył jego pojawienia się. No, może co najwyżej zwierzęta.
Niemniej, nie umniejszało to faktu, że aktualnie Steve'owi włączał się tryb hibernacji z zimna. Brakowało mu tylko odpowiednio wygodnej góry lodowej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Gość
Gość


PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Wto Maj 23, 2017 10:34 pm

Normalnemu człowiekowi pewnie dość ciężko byłoby dostrzec biały spadochron zaczepiony o drzewa, do kompletu z równie białym spadochroniarzem, ale Kanaya nie była normalnym człowiekiem. W zasadzie - w ogóle nie była człowiekiem. Poza tym, najważniejszą rolę w jej przypadku spełniał nie wzrok, a węch; targana głodem wyczuwała choćby najsłabsze zapachy ze stosunkowo dalekich odległości. Cokolwiek miało w sobie krew nie mogło umknąć jej czujnej uwadze. A zapach człowieka... uderzył ją z taką siłą, że niemal zwaliło ją z nóg. Normalnie oddaliłaby się w przeciwną stronę, świadoma, że zbliżanie się do ludzi było proszeniem się o nieszczęście, ale... była taka... piekielnie głodna.
Mocniej zacisnęła palce na karabinie, szybko przemieszczając się w kierunku zapachu. Zwolniła kroku dopiero wtedy, kiedy wyraźnie poczuła, że jest blisko. Przywarła do drzewa, chowając się - zaraz wychyliła się zza niego rzucając czujne spojrzenie w kierunku wypatrzonego właśnie spadochroniarza. Stała tak chwilę, obserwując; nie ruszał się, przez co wyglądał na niewielkie zagrożenie. W końcu wyszła ze swojej kryjówki, zbliżając się do niego ostrożnie. Nie była pewna, czego powinna się spodziewać. Zatrzymała się w stosunkowo bezpiecznej odległości, nie spuszczając wzroku z wiszącego na gałęziach jegomościa. Powęszyła trochę uważniej, jak pies gończy, i z pewnym zaskoczeniem stwierdziła, że spadochroniarz... chyba jeszcze żyje. Zastanowiła się krótko i w końcu szturchnęła go lufą karabinu w bok, sprawdzając jego przytomność; natychmiast po tym odsunęła się poza zasięg jego wzroku. Zdawało się jej, że robi się już sztywny z zimna... ciekawe, ile tam tak wisiał.
Miała nieodpartą chęć rzucenia mu się do gardła, ale powstrzymywała ją ostrożność i zdrowy rozsądek, nad którymi instynkty łowcy nie przejęły jeszcze całkowitej kontroli. Nie chciałaby przypadkiem zarobić kuli w brzuch. Nie chciałaby zarobić kuli... gdziekolwiek. Nie miała ochoty oglądać swojej szmaragdowej krwi brudzącej śnieg.


Ostatnio zmieniony przez Kanaya Maryam dnia Sro Maj 24, 2017 4:28 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 254
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Sro Maj 24, 2017 12:34 pm

Steve już wcześniej twierdził, że jego stan wpycha go w ramiona delikatnych omamów z głodu i zmęczenia. Co rusz musiał sobie przypominać by nie odlecieć za mocno, szczególnie, że niebo już jaśniało. Powinien był wyrwać się z oplatających go sznurków, ale nie było to wcale proste i brakowało mu sił by tego dokonać. Choć bardziej jak sił, brakowało mu motywacji, przez przymulony niezbyt wygodnym snem umysł.
Łupnięcie w bok sprawiło, że jęknął i uniósł odrobinę głowę, rozglądając się niepewnie po okolicy. Było mu tak bardzo słabo... cicho jęknął, gdy szarpnął się, aby spojrzeć czy to jakimś chorym fartem nie amerykańscy żołnierze.
Zauważył jednak ciemną sylwetkę, zimowego munduru HYDRY i naprawdę się zląkł. Musiał jednak poczekać, aż ten go uwolni. Gdy to się stanie po prostu mu zwieje... a może on o nim nie słyszał? Bardzo płonna nadzieja, ale nauczył się płynnie mówić po niemiecku, może owszem jeszcze ze słyszalnym akcentem ale jeśli zwali to na dialekt z innego rejonu nazistowskich Niemczech to może, przy odrobinie szczęścia zdoła się uratować. Przynajmniej jego umysł ocknął się z letargu w jakim się znalazł.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Gość
Gość


PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Sro Maj 24, 2017 5:04 pm

Miała cichą nadzieję, że niedoszły wisielec postanowi się jednak nie ruszyć i być nieco... bardziej nieprzytomny. To by jej bardzo ułatwiło sprawę, bo nie musiałaby go traktować jako potencjalnego zagrożenia, w każdym razie nie aż tak bardzo. Na jej nieszczęście, spadochroniarz zaczął wyglądać, jakby nieco bardziej kontaktował z rzeczywistością - Kanaya z trudem powstrzymywała samą siebie przed dobraniem się do jego krwi.
Wycofała się głębiej w cień, starając się jakoś ukryć twarz przed jego wzrokiem. Najlepiej, żeby widział jak najmniej. Jeszcze nie wiedziała, co z nim zrobi, ale jak na razie - im mniej wie, tym dla niej lepiej. Dopóki mogła, unikała ludzi, żeby jej nie zauważyli; z wielu powodów, także dlatego, że znajdując się w swojej oryginalnej formie trolla mogłaby wzbudzić nadmierne zainteresowanie. Teraz jednak, po takim czasie, zapach krwi wydawał się zbyt kuszący i zwyczajnie nie mogła się powstrzymać, żeby tego nie zbadać. Oby nie musiała tego żałować.
W końcu zdecydowała się na dość ryzykowany krok. Wyjęła schowany w połach płaszcza, nieco już stępiony nóż i wspięła się, by poprzecinać jedna po drugiej linki łączące półprzytomnego mężczyznę ze spadochronem; kiedy puściła ostatnia, zeskoczyła z powrotem na ziemię, sięgając ponownie po karabin, którego lufę przyłożyła nieszczęśnikowi do karku, trzymając się ostrożnie za jego plecami.
- Deutsch? - warknęła nieufnie nieco zachrypniętym tonem; od pewnego czasu prawie w ogóle się nie odzywała i niemal zdążyła się odzwyczaić. Po jednym słowie dość ciężko było to stwierdzić, ale na pewno nie mówiła z typowym niemieckim akcentem. Wypowiedziane słowo niemal wypluła, częściowo chyba sugerując, że natknięcie się na Niemca nie napawało jej specjalnym entuzjazmem.


Ostatnio zmieniony przez Kanaya Maryam dnia Sro Maj 24, 2017 7:39 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 254
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Sro Maj 24, 2017 6:10 pm

Myślał, że jest już martwy, albo gorzej, pojmany przez HYDRĘ. Teraz sługus pobiegnie i powie Red Skullowi albo innemu naziście, że właśnie złapali tego słynnego Kapitana Amerykę, który tak mocno uprzykrza im życie. Już robiło mu się zimno na myśl o tym, co mu Skull zrobi, gdy tylko dopadnie go w swoje ręce.
Zamiast tego poczuł, jak jego więzienie powoli się kończy. Słyszał jak strzelają kolejne linki, a on znajduje się coraz bliżej ziemi. W którymś momencie, wszystkie puściły, a on wylądował mało zgrabnie na ziemi, tonąc w śniegu, z którego zaraz się podniósł tylko po to aby poczuć chłód karabinu przy karku.
Starał się delikatnie obejrzeć aby zobaczyć z kim ma dokładnie do czynienia, bo raczej nie z patrolem HYDRY. Te nigdy nie składały się z jednego człowieka.
- < Nie tylko. > - odparł w odpowiednim języku ale też zauważył, że właściciel głosu nie ma niemieckiego akcentu. Prawie odetchnął z ulgą, ale przypomniał sobie o różnorakich dialogach, które mogły się tu zaplątać przez nie używanie albo o zdrajcach. Akcent mogła zakłócać nawet zwykła choroba. Zbyt krótkie słowo by stwierdzić, czy na pewno się nie przesłyszał, napawała go lękiem. Modlił się by ktokolwiek to jest nie zastrzelił go teraz. Mimo wszystko, Steve nie chciał umierać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Gość
Gość


PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Sro Maj 24, 2017 7:43 pm

Kanaya nie lubiła zabijać ludzi. Nie mogłaby nazwać siebie pacyfistką, ale widziała w ciągu życia już dość śmierci, by nie uciekać się do takich metod bez wyraźnej potrzeby. Choć w tym przypadku morderstwo wydawało się dość uzasadnione... zagrożenie, niebezpieczeństwo, obca osoba, tocząca się wojna, ofiary, nikomu nie można było ufać. Mimo to i tak się wahała, cały czas uparcie walcząc z głodem i pokusą. Ten człowiek... jak na razie niczym jej nie zawinił. Po prostu był. I nawet instynkt nie zmusił jej do bestialstwa w imię pierwotnych potrzeb. Przynajmniej... jak na razie, póki nie odebrał jej jeszcze całkiem rozumu. I sumienia, które podobno miała, nawet jeśli upośledzone.
Nie pozwoliła mu się odwrócić, mocniej przyciskając lufę do jego karku. Obserwowała go czujnie i uważnie, bacząc na każdy jego najmniejszy ruch. Zmrużyła oczy słysząc jego odpowiedź i próbując wywnioskować cokolwiek z tak krótkiej wypowiedzi.
- *Jesteś Niemcem?* - zapytała już bezpośrednio, ostro, niemal warcząc. Była... zestresowana, zdenerwowana, a to zdecydowanie nie była dla niej komfortowa sytuacja! Zresztą, dla niego raczej też nie... - *Mówisz po francusku? Po angielsku?* - mruknęła jeszcze, kolejno w tych właśnie językach. Nigdy nie lubiła niemieckiego, nauczyła się go tylko z czysto praktycznych względów, i poczułaby się znacznie lepiej nie musząc go używać.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 254
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Czw Maj 25, 2017 1:50 pm

Nacisk informował go, że albo przeciwna strona była równie przerażona jak on. Albo wystarczająco wyrachowana by zabić go bez mrugnięcia okiem. Tak mu się przynajmniej wydawało. Była wojna, tu nawet dzieci są w stanie zabijać, aby przeżyć.
Teraz nastała chwila prawdy. Steve mógł skłamać, mógł zaryzykować i powiedzieć, że nim jest, że po prostu się zgubił czy zwiało go z odpowiedniej trasy... ale coś czuł, że nie zdołałby zbyt długo ciągnąć tej wątpliwej przykrywki.
-< Nie. > - a kij, co gorszego może mu się stać poza faktem, że zostanie zamordowany lub przekazany w łapy HYDRY? Na pewno da radę zwiać. Na pewno. Kiedyś.
- <Mówię i po francusku... > oraz po angielsku. - przeszedł gładko na swój ojczysty język, mając nadzieję, że nie skończy z przebitym gardłem. Dalej, dalej szczęście Kapitana! Nie opuszczaj go w tej chwili.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Gość
Gość


PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Sro Maj 31, 2017 8:03 pm

Tak naprawdę Steve trafił z oboma tymi domysłami. Kanaya w razie niebezpieczeństwa rzeczywiście była gotowa zabić z zimną krwią - szczególnie teraz, w trakcie wojny, choć, prawdę mówiąc... nigdy tego nie lubiła. Była do tego szkolona, tresowana jak zwierzę, ale w ciągu życia widziała dość śmierci. Zarówno na swojej planecie, jak i tu, gdzie wciąż wszyscy w przerażająco znajomy sposób wyrzynali się w pień gdziekolwiek by się nie obejrzała. Z drugiej strony... rzeczywiście bała się, i był to strach czysto zwierzęcy, zmuszający ją do chorobliwej ostrożności. Najbezpieczniej byłoby strzelić temu obcemu w kark, przy okazji zapewniając sobie źródło krwi, ale Kanaya wciąż uparcie zwalczała w sobie tę pokusę. Z nie do końca wiadomego jej samej powodu - nieco zdziczała i trudno było się jej w tym momencie skupić na czymkolwiek innym, co nie było mężczyzną przed nią, którego, jak podpowiadały jej zmysły, powinna zastrzelić. Ale... nie potrafiła. Nie chciała? Czyżby zaczął jej doskwierać brak towarzystwa kogoś, kto... nie jest Niemcem? Nie, to brzmiało głupio. Jednak... zwyczajnie nie mogłaby zabić kogoś, kto wyglądał na zupełnie bezbronnego, wycieńczonego i potencjalnie rannego. Był to znajomy widok i w przyćmionym głodem umyśle Kanayi zaczęło rozbrzmiewać jakieś blade, stare wspomnienie.
Zmarszczyła lekko nos słysząc jego odpowiedź. Mogłaby się nad tym zastanawiać, ale wydawało się, że używając angielskiego jego akcent był najsłabszy. Kanaya postanowiła więc przerzucić się na ten właśnie język, przez chwilę starając sobie przypomnieć, jak się go w ogóle używało.
- Anglik? Amerykanin? - mimo, że karabin trzymany przez kobietę wciąż zdawał się być zdecydowanie za blisko, Kapitan chociaż częściowo mógł odetchnąć z ulgą, skoro wciąż żył - Jesteś ranny? Masz przy sobie broń? - zanim podejmie jakąkolwiek decyzję chciała wybadać grunt. Na resztę pytań... znajdzie czas potem. O ile rzeczywiście będzie jakieś "potem", bo tego nie była pewna.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 254
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Sro Maj 31, 2017 8:45 pm

Żadna wersja mu się nie uśmiechała. Przynajmniej wiedział... nie, raczej miał dużo większe prawo przypuszczać, że trafił na albo jakąś Francuzkę lub Szwajcarkę (zdołał już zorientować się, że głos zdecydowanie należy do osoby płci przeciwnej). Może nawet jedną z członkiń ruchu oporu ale wątpił w tak wielką moc kapitańskiego szczęścia.
-Amerykanin. Wiem, że proszę o naprawdę wiele, ale czy mogłabyś zabrać broń z mojego karku? - i tak był zmęczony, a nie zamierzał jej atakować. Oczywiście, wiedział, że ona nie ma co do tego żadnej pewności, ale zaraz seria pytań zaczęła dawać mu nową nadzieję.
- Nie jestem pewien, już długo tu wiszę i jestem mocno skostniały, a nie bardzo mam jak sprawdzić czy nic mi nie jest. - nawet jeśli oddychał i gadał to o reszcie przyjemności mógłby przekonać się dużo później.
- Ja nie mam... - zawahał się jednak, czy nie powiedzieć jej o tarczy. I tak musi - Posiadam tylko tarczę. Ale ona raczej nie jest dobra do walki ofensywnej. -akurat. Takie bajki to dla niedoświadczonych panienek, Steve!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Gość
Gość


PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Sro Maj 31, 2017 11:45 pm

Sam fakt że żyje powinien być dla niego dość optymistyczny sam w sobie. Przeżył i dyndanie na drzewie przez nieokreśloną długość czasu, i, jak do tej pory, spotkanie z głodną, zmęczoną, nieufną i zwyczajnie zaniepokojoną wampirzycą mierzącą do niego z broni. To już i tak całkiem sporo szczęścia jak na jeden raz. Zmrużyła groźnie oczy, patrząc na mężczyznę, czy też raczej - tył jego głowy. Starała się jak najbardziej wygłuszyć zmysł węchu, by nie zwariować od zapachu ludzkiej krwi.
- Nie. Nie bardzo - odpowiedziała, ale mimo wszystko nacisk na kark zelżał i Kapitan mógł poczuć się nieco mniej zagrożony. Kanaya... bardzo nie chciała, by ją teraz zobaczył. Gdyby postanowił się jej bliżej przyjrzeć na pewno nie mogłaby ukryć swojego wyglądu; a wątpiła, by nieznajomy był oswojony z widokiem kryjących się w górach, gadających w kilku językach rogatych kosmitów z bronią. Najchętniej by go znokautowała, ale...
- Nieważne, daj ją - rzuciła na jego uwagę o tarczy chłodnym i ostrym tonem. To... osobliwa broń, ale potencjalnie wystarczająco niebezpieczna, żeby przynajmniej nabić jej guza. A w obecnym stanie zmęczenia Kanayi zabolałoby ją to bardziej niż powinno. Urwała na sekundę - ...pomogę ci - stwierdziła w końcu, powoli i ostrożnie, jakby jeszcze w trakcie wypowiadania tych słów zastanawiała się, czy to rozsądne. Nie, pewnie nie - Tylko nie próbuj robić nic głupiego. Nie chciałabym cię zastrzelić - złagodniała nieco, mimo wszystko czując ukłucie współczucia względem człowieka... którego w ogóle nie znała, a który mimo to wydawał się jej być dziwnie znajomym. Wspomnienia chyba zaczynały mieszać jej w głowie.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 254
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Sob Cze 03, 2017 1:49 pm

Szczęśliwie, że jeszcze go nie zabiła. Prawie płakał ze szczęścia. Choć może lepiej jak zacznie płakać, jak wreszcie będzie mógł odsapnąć z dala od innych.
I cóż, Steve z wampirami też się spotykał, czemu miałyby go przerastać trolle z kosmosu?
Zaniepokojony sięgnął po tarczę, z wahaniem zdejmując ją z pleców i kładąc ją jak najdalej od siebie aktualnie mógł. Nie mógł jej odrzucić, bo jeszcze wbiłaby się w jakieś drzewo i straciłby swój symbol.
- Dobrze. - znów pojawiła się u niego lampka nadziei, sugerująca, że nie skończy aż tak źle jak mu się wydaje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Gość
Gość


PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Sob Cze 10, 2017 6:34 pm

To trochę przedwczesna radość, bo Kanaya nadal poważnie rozważała wgryzienie się Kapitanowi w szyję. Przyniosłoby jej to wielką ulgę i wcale nie musiałaby go zabić, bo mężczyzna zapewne i tak by tego nie pamiętał; z tym, że w trakcie wypijania krwi ludzie mdleli, a Kanayi niekoniecznie uśmiechało się niesienie nieznajomego na plecach przez zaspy. Chociaż i tak nie wyglądał, jakby był gotowy do takiej ciężkiej drogi, ale... przynajmniej przytomny. Może powinna go ugryźć dopiero na miejscu? Albo... w ogóle nie gryźć? Co, jeśli nie będzie w stanie przestać albo wypije za dużo?! Zdecydowanie za bardzo przejmowała się losem obcego, potencjalnie niebezpiecznego człowieka. Trwała wojna, życie ludzkie nie miało tu żadnego znaczenia.
Ostrożnie sięgnęła po tarczę i zabrała ją spoza zasięgu mężczyzny. Wyglądała na... ostrą. Zdecydowanie można nią było zrobić krzywdę.
- Dobra. Wstawaj - opuściła lufę jeszcze bardziej, dając mu możliwość wykonania polecenia, ale nadal nie zdejmowała go z celownika. Wciąż mu nie ufała i nie była na tyle naiwna, by ten stan rzeczy zmienił się tak szybko - Możesz iść? - zapytała, bo w końcu... wisiał na tym drzewie pewnie przez szmat czasu. Niewątpliwie po czymś takim podróż będzie dla niego utrudniona. Chociaż sam fakt, że przeżył tak długo w takich warunkach pozwalał jej domyślać się, że był wytrzymały i odporny.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 254
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Pon Cze 12, 2017 2:32 pm

Szkoda, że Steve nie podejrzewał, że zdoła w Alpach spotkać kolejnego wampira. Już Drakula nie budzi w nim żadnej sympatii, a tu jeszcze dochodzi kolejny problem. No nic, tylko załamać ręce i płakać.
Ale na razie nie miał jak o tym myśleć, tylko poruszył nogami tak by móc w nich spokojnie odzyskać czucie. Bez tarczy czuł się jeszcze bardziej bezbronny, niż normalnie. Choć nie miałby z niej tak naprawdę żadnego większego pożytku.
-S-spróbuję. - poinformował ją, podnosząc się do pionu. Natychmiast wyciągnął dłonie walcząc o odzyskanie równowagi i ruszył kilka chwiejnych kroków, aż oparł się o pierwsze lepsze znajdujące się przed nim drzewo. Wziął głębszy wdech, odczuwając ulgę, że wreszcie może normalnie iść... no, powiedźmy że może normalnie iść.
- Tak, mogę. Tak jakby. -uniósł głowę na gałęzie znajdujące się nad nimi i odczuł wyraźny niepokój związany z tą sprawą. Gdzie właściwie powinien iść? Czy zdoła dotrzeć do obozu amerykańskiego nim zamarznie lub padnie z głodu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Gość
Gość


PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Nie Cze 25, 2017 4:15 pm

Kanaya była trochę sympatyczniejsza od Draculi, przynajmniej z reguły. Nauczyła się trochę ludzkich zachowań i nie próbowała urządzić sobie stołówki z każdego napotkanego przypadkowo Johna Smitha, chociaż w tym momencie... urządzenie sobie stołówki z kogokolwiek brzmiało jak kusząca opcja. Nadal była głodna, a Kapitan nadal pachniał jak szwedzki stół. Amerykański stół. W każdym razie jak coś dobrego i z całą pewnością jadalnego, chociaż Kanaya nie była specjalną amatorką mrożonek.
Zmarszczyła brwi, patrząc na niego. Sam fakt, że jednak potrafi chodzić był dziwny, ale bardzo jej na rękę, więc nie zadawała zbędnych pytań. Przynajmniej na razie, dopóki znajdowali się na... niespecjalnie bezpiecznym terenie. Nie, żeby prowadzenie go do jej tymczasowej kryjówki było chociaż odrobinę bezpieczniejsze, ale mimo wszystko wydawało się lepszą opcją. Głód nie zagłuszył jednak całkiem głosu sumienia i Kanaya naprawdę czuła potrzebę pomocy temu zagubionemu w śniegu człowiekowi.
- Pójdziesz przede mną - zawyrokowała, zbliżając się ponownie. Machnęła lufą karabinu, wskazując mu kierunek, w jakim powinien się udać. Wolała iść za nim, nie chcąc ryzykować zamachu na swoje plecy, czy... cokolwiek! - Poinstruuję cię. Prosto i w górę. To nie takie trudne. Spróbuj nie zemdleć. Nie mam ochoty cię nieść. Ani dobić - ostrożnie wypowiadała kolejne słowa, wypowiadając się krótkimi i zwięzłymi zdaniami. Brzmiała bardziej rzeczowo... i po prostu przypominała sobie, jak się mówi.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 254
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Pon Cze 26, 2017 11:23 am

Trochę sympatyczniejsza. Trochę. Przynajmniej tyle na ile potrafiła być. Słysząc kolejne polecenia, coraz bardziej martwił się tym, jak poradzi sobie jeśli jednak przyjdzie mu się zmierzyć z osobą, która teraz mu pomaga. Nie bardzo wiedział ile zdoła wycisnąć ze swojego skostniałego ciała, a nie był jeszcze takim hardkorem jak w przyszłości, gdzie wycinał sobie na lajcie dziurę w klatce piersiowej by pozbyć się gęby Zoli.
- Dobrze, oczywiście. - był całkowicie na jej łasce, nie mógł za bardzo się temu opierać. Nie licząc kulki w plecy, kobieta zabrała jego tarczę. A powrót bez niej nie wchodził mu w grę. Zaczął przedzierać się przez śnieg. Krew szybko dopłynęła do osłabionych wcześniej kończyn i radził sobie więc całkiem nieźle, nie licząc momentów gdy potykał się na korzeniach lub kamieniach, kryjących się pod głęboką warstwą śniegu. Śniegu, który bardzo szybko przemoczył jego ubranie tak, że nawet jeśli Steve nie zwracał na to specjalnej uwagi, to jego organizm zaczął reagować znów na postępujące wychłodzenie, najpierw szczękaniem zębami, a potem znów spychając w stronę pseudo hibernacji. Mimo to, uparcie dalej pełzł do przodu. Nie mógł teraz paść, nie chciał ani robić kłopotu jego nowej znajomej, ani tym bardziej zostać przez nią zastrzelony.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Gość
Gość


PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Wto Sie 15, 2017 1:37 pm

Kanaya miała nadzieję, że choinkowy wisielec nie będzie próbował sprawiać jej kłopotu. Bo oprócz mordowania go, nie miała też ochoty bić się z kimkolwiek (sama nie była obecnie okazem zdrowia, głównie przez głód). Częściowo też dlatego, że im więcej zamieszania i hałasu, tym niebezpieczniej się robiło, a Kan wolałaby uniknąć spotkania z kimkolwiek innym. Z drugiej strony gdyby się na nią rzucił miałaby pretekst wygryźć mu tętnicę, ale na to się nie zapowiadało. Chwilowo był grzeczny. To dobrze.
Zamilkła teraz, brnąc w śniegu za nim. Co jakiś czas wydawała tylko proste polecenia i instrukcje, choć przez większość czasu szli po zostawionych przez nią przedtem śladach - chcąc nie chcąc w wysokiej, grubej warstwie zimnej bieli nie mogła tego uniknąć. Rozglądała się uważnie po okolicy i nasłuchiwała, jak zwykle bardzo wyczulona na zagrożenie. A teraz nawet bardziej, bo skoro znalazł się jeden, to skąd pewność, że nie było ich więcej?! Ale na pytanie jeszcze przyjdzie czas.
Na szczęście dla Kapitana nie szli zbyt długo - Kanaya po prostu kręciła się na określonym terenie wokół kryjówki, starając się nie oddalać za bardzo by w razie potrzeby móc szybko wrócić. Choć niedługo będzie zmuszona zapuszczać się dalej, jeśli tak dalej pójdzie. Na końcu nadłożyli drogi, idąc innym szlakiem - by zostawić mniej śladów i w razie czego zmylić ewentualnego wroga, którego Kanaya widziała chyba wszędzie.
Ostatecznie dotarli na miejsce - zwykła jaskinia niżej w zboczu, z góry ukryta śniegiem, z boku choinkami. Przeszli kawałek, gdzie zimowe słońce wdzierające się do środka ustępowało miejsca półmrokowi. Nie było tu zbyt wiele, cóż, czegokolwiek: na środku znajdowało się miejsce wyznaczone na ognisko, pod ścianą leżało kilka skór. Oprócz tego wytarta torba, niespecjalnie imponujących gabarytów.
 - Siadaj - wskazała mu lufą karabinu miejsce pod ścianą na futrach - Zaraz będzie ogień. Ale nie mam nic do jedzenia - uprzedziła, nadal mając go na oku. Odłożyła tarczę dalej, poza jego zasięg, i zbliżyła się do wygasłego paleniska.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Ameryka
Matka kwoka

Liczba postów : 254
Join date : 11/12/2016

PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    Sob Sie 19, 2017 2:03 pm

Droga dłużyła mu się z każdym kolejnym krokiem. Mimo to parł naprzód, a w jego wnętrzu na nowo obudziła się determinacja walki z przeciwnościami. No i nie chciał umierać, naprawdę nie chciał.
Nie tylko ze szlachetnych pobudek, ale również z prymitywnej woli przetrwania. W zmrożonych kończynach pojawił się pobudzający ból, wysyłający sygnały, że wciąż chce żyć i walczyć. Nie mógł się poddać, jego matka nie wybaczyłaby mu takiej przegranej.
W końcu dotarli do tej przeklętej jaskini i wreszcie mógł otrzepać się ze śniegu. Kilkoma zaskakująco mocnymi stąpnięciami udało mu się pozbyć śniegu. Poruszał skostniałymi palcami i poszedł we wskazanym kierunku, gdzie zaraz objął swoje nogi, starając się posuwistymi ruchami rozgrzać je do jakiejś współpracy.
Spojrzał na pochmurną sylwetkę swojej wybawicielki... i samo wspomnienie o jedzeniu sprawiło, że sięgnął do swojego paska. Może nie wyciągnie z tego dwumetrowej, ani nawet normalnej, kanapki, ale przynajmniej. Ha, jednak są.
-Jeśli chcesz... mam trochę karmelków. - nigdy nie wiesz kiedy w ogniu walki zechcesz possać czerwono białego cukieraska!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Sponsored content



PisanieTemat: Re: [1944] Alpy    

Powrót do góry Go down
 
[1944] Alpy
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Avengers Assemble :: Strefa mroku i króliczków-zabójców :: Porzucone retrospekcje-
Skocz do: